wtorek, 18 lutego 2014

System zero-jedynkowy

System zero-jedynkowy jest bardzo prosty w użyciu. Nie mam jednak na myśli jego zastosowania w informatyce, bo to dla mnie czarna magia. Chodzi o przeniesienie tego systemu na zupełnie inną płaszczyznę – rzeczywistą. W życiu codziennym posługuję się prostym systemem. W końcu co może być prostszego od dwóch elementów? Obojętnie, czy to będą dwa kolory (czarny, biały), dwie cyfry (zero, jedynka), czy dwa podejścia (optymistyczne, pesymistyczne). Dwa elementy to absolutne minimum, bo zawsze jest „albo… albo…”. A po kropce następuję decyzja.


W moim systemie, zero jest równoznaczne z „nie”, jedynka z „tak”. Co to tak naprawdę oznacza? Jestem kategoryczną osobą. Jedni mnie podziwiają, inni ostrzegają, że pożałuję. Jak będzie naprawdę, życie pokaże. Systemu potrzebuję, aby żyć w zgodzie ze sobą. Dzięki niemu kieruję się tym, co jest ważne dla mnie i co pozwala mi iść z wysoko podniesioną głową.

Parę lat temu mój tata stwierdził, że będę miała w życiu ciężko. Nie posiadam w sobie wystarczająco dużo egoizmu i za bardzo przejmuję się opinią innych. Tata obawiał się, że nie przetrwam, bo jestem zbyt uczynna, poukładana, chętna do pomocy i czasem nie wiem kiedy odpuścić. W świecie moich rodziców – wychowali mnie najlepiej jak potrafili. W moim świecie – z ich wychowaniem wróżono mi szybką zagładę. Dlatego z czasem wykształtowałam w sobie system zero-jedynkowy.

Proces tworzenia

W liceum przestałam naginać się do zdania innych osób. To były moje początki, kiedy starałam się nie przejmować opinią innych. Wiadomo: na trzy kroki w przód, dwa robiłam do tyłu. Wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałam, że ja to potrafię się nie przejmować… Wtedy była to bzdura. Przejmowałam się, tylko tego nie pokazywałam. Bo moim największym problemem jest to, że chcę być akceptowana. A to nie jest możliwe, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie spodobam.

Pierwsze testy

Na studiach doszło do pierwszych poważnych decyzji podjętych w sposób zero-jedynkowy. Tkwiłam na studiach, które mi kompletnie nie odpowiadały. I wtedy zadałam sobie pytanie: studiuję dla siebie czy dla świętego spokoju najbliższego otoczenia? Zmieniłam studia.

Dalsze udoskonalenia

Był etap w moim życiu, kiedy pracowałam. Wtedy nauczyłam się walczyć o siebie. Niestety, nie wykorzystałam zdobytej wiedzy podczas pracy, bo wiele rzeczy zrozumiałam dopiero po jej zakończeniu. Zrozumiałam czego chcę, a czego nie akceptuję. Czego od innych żądam, a czego nigdy nie dostanę. To był moment przełomowy w systemie zero-jedynkowym. Do tej pory dopuszczałam „połówki” albo też zdarzały się sytuacje, kiedy dobro innych przekładałam nad własne.

Gotowy do użytku

Na koniec, ostatnią cegiełkę do systemu, dołożyła moja rodzina. Nie ta najbliższa, ale ta z którą ma się częsty kontakt. Nieświadomie mnie testowali, naciągali, przeciągali, sprawdzali granice. Ale mój system zakończył już proces tworzenia. Teraz świadoma jak nigdy wcześniej, wiedziałam, że istnieją tylko dwie drogi. Od razu potrafiłam je zobaczyć. Drogi były całkowicie odmienne, ale nie były oznaczone jako: szczęśliwa i nieszczęśliwa, czy też właściwa i błędna. Widziałam konsekwencje, które znajdowały się na końcu każdej z tych dróg. I na tej podstawie wybierałam. Albo zero, albo jedynkę. Prościej nie można było.

Obecnie znajduję się w takim miejscu, że mój tata nie potrafi zrozumieć skąd u mnie taka stanowczość. On sam często postępuje według tego, co się powinno, co wypada, czego wymaga dobry obyczaj. Nie potępiam tego, bo przecież zostałam wychowana zgodnie z zasadami i wiem co to dobre wychowanie. Uważam tylko, że istnieją pewne granice. Szacunek wobec starszych? Jak najbardziej. Ale kiedy wejdą Ci na głowę, naplują i nawet nie przeproszą tylko się oburzą Twoim zdziwieniem? Pomoc bliźnim? Jak najbardziej. Ale kiedy pożyczek nie widać końca, a spłaty nie następują? Dawanie drugiej szansy? Jak najbardziej. Ale kiedy druga szansa niczego nie zmienia a sytuacja niezmiennie się powtarza?

Stałam się kategoryczna, bo chciałam wyrobić w sobie nawyk zdrowego egoizmu. Udało mi się, chociaż czasem myślę, że mam go za dużo. Nie wszystkie decyzje, które podejmuję w systemie „ta jest dla mnie dobra, ale ta już niekoniecznie” są dla mnie super wygodne. Czasem to szukanie mniejszego zła. Z tą różnicą, że zawsze pytam siebie: gdzie JA jestem w tym wszystkim?

Często widzę jak moi znajomi, przyjaciele, rodzina gryzą się z jakiegoś powodu. Bo mają przyjaciółkę, z którą nie mogą rozmawiać, ponieważ wiedzą że informacje (obojętnie jak poufne) od razu rozejdą się po najbliższym sąsiedztwie. To warto utrzymywać taką znajomość? Pytam: po co? Inni utrzymują kontakty ze starymi znajomymi bądź z członkami rodziny, bo tak wypada. Ale kiedy przeżywają to spotkanie na tydzień przed i idą na nie jak na ścięcie, to warto?

Jasne, ze miewam wątpliwości, czy taki system „ostrego cięcia” jest dobry. Przecież jeżeli za mocno będziemy ciąć, to zniszczymy wszystko wokół i zostaniemy sami. To wszystko nie jest łatwe. Bo życie nie jest łatwe. Dorosłość nie jest łatwa. I dobrze. Tak ma być, żebyśmy się za dużo nie nudzili ;-) Chcę Was uczulić tylko na jedną rzecz. Będziecie podejmować tysiące decyzji na temat, czy komuś powiedzieć do słuchu, czy pożyczyć notatki, czy zjeść kolejny batonik, czy dać mu drugą szansę, czy… Decyzje będą błahe i poważne, ale proszę zapytajcie się zawsze: gdzie w tym wszystkim jestem JA? Co jest dobre dla MNIE? Bo o nasze szczęście nie zawalczy ani mama, ani przyjaciółka, ani chłopak/dziewczyna. My musimy. Bo tylko my to potrafimy zrobić najlepiej.

19 komentarzy:

  1. Po lekturze jestem podniesiona na duchu :) rzeczywiście, należy walczyć o siebie i swoje szczęście, nikt inny tego za nas nie zrobi...
    Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że udało mi się podnieść Ciebie na duchu :-) Ty podniosłaś mnie komentarzem, że to co napisałam ma sens ;-)

      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ja kiedyś byłem bardzo radykalny. Na przykład kwestia wiary: gdy byłem bardzo pobożny i starałem się żyć wg Biblii i przykazań to byłem wyśmiewany przez rówieśników, a nawet przez rodzinę, że jestem zbyt święty i za grzeczny.
    Gdy zupełnie odlałem się na religię to słyszałem od rodziny, a nawet od niektórych znajomych, że przesadzam i raz w tygodniu można pójść do kościoła..
    Ludzie radykalni mają przejebane. Miałem kolegę ateistę i wegetarianina, który nie krył się ze swoimi poglądami. Na studiach wszyscy oprócz mnie, go unikali. Nikt nie chciał go znać.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za zachowanie innych ludzi nie odpowiadasz. Nie miałam zamiaru mówić w tym poście, że wszystko co jest odmienne od powszechności jest super i łatwe w zastosowaniu. Całą sytuację znajomego przedstawiłeś dosyć tendencyjnie. Może jemu nie zależało na opinii innych? Pewnie, że nie jest to miłe, kiedy ludzie odwracają się od Ciebie plecami. Ale skoro robią to dlatego, że jesteś wegeterianinem czy ateistą, to warto zabiegać o takich znajomych? Nie wydaje mi się.

      Usuń
    2. Nie przedstawiłem tendencyjnie, tylko chodzi o to, że bycie ateistą albo wegetarianinem albo abstynentem albo gejem w Polsce jest okupione cierpieniem. Posiadanie własnego zdania w naszym kraju jest często okupione dużymi przykrościami (sam tego doświadczałem).
      Co nie znaczy, że nie warto mieć własnego zdania. Zgadzam się z Tobą, że warto mieć własne zdanie i być sobą mimo konsekwencji.

      Usuń
    3. Ok. Teraz rozumiem i w sumie masz rację. Nie pojmuję skąd taka chęć mierzenia wszystkich tą samą miarką, a jeżeli nie pasuje to gnębienie tak długo aż ta osoba się nagnie i dopasuje. To chyba wynik jakiegoś błędnego przeświadczenia, że skoro on dopasuje się do mnie tzn. że ze mną wszystko w porządku.

      Usuń
  3. Super post ! O tak, trzeba walczyć o siebie.
    Ja też od jakiegoś czasu (od pol roku) nie pozwalam sobie wchodzić na glowę i żyć kogoś problemami, Bo ile można, najgorzej jest ja ty musisz tą osobę wysluchiwac, pocieszac a co do czego przyjdzie i ty potrzebujesz jej rady to ona ma Cię gdzieś. Może czasami jestem za bardzo egoistką, ale każdy ma swoje życie, tylko jedno więc tym bardziej trzeba o siebie dbać.
    W przeciewieństwem mnie jest moja mama, która wszystkim na okolo chce pomóc, wysluchac i zazwyczaj źle na tym wychodzi, bo a to sąsiadka do niej codziennie przychodzi, a to czasami zyje problemami innych i zastanawia się jak i pomoc. Ja mysle, że wszystko jest dobre, ale w odpowiednich proporcjach a nie kosztem siebie. Pomaganie jest dobre, tyle że jak to mówią "co za dużo to nie zdrowo" ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do mam, to chyba jest to powszechne zachowanie. Moja też tak ma i staram się ją czasem "ustawić do pionu", bo mi jej żal ze się tak wszystkimi przejmuje, a nią ci "wszyscy" już niekoniecznie.
      Ja też jestem za pomocą - skoro potrafie i mam takie możliwości, to dlaczego nie? Ale w granicach rozsądku i tak jak piszesz "nie kosztem siebie". W końcu czas na Ziemi mamy ograniczony, więc nie mozemy w pełni poświęcić go dla innych, jeżeli nie odnajdziemy w tym siebie ;-)

      Usuń
  4. Czuję się jakbym czytała o sobie :) Niektórzy mi powtarzają, że za ostro traktuje ludzi, że czasami mogłabym odpuścić, a ja się pytam dlaczego? Czemu ja mam być jak inni i udawać, że wszystkich lubię tylko dlatego że tak wypada? Chcę być sobą i wiem, że czasami ranię innych swoimi opiniami, bądź decyzjami ale nigdy nie skrzywdziłam osób które są dla mnie dobre i nigdy nie okłamałam nikogo tylko po to żeby czuł się lepiej. Więc chyba nie jestem aż taka zła? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli taka jest definicja złej osoby, to jesteśmy nimi obie :D

      Usuń
  5. no dały mi dużo do myślenia te słowa, bo podobnie jak Ty (chociaż Ty już do końca nie jesteś) jestem uległa, przejmuję się opinią innych i daję sobie "wchodzić na głowę" bardzo często. co zabawniejsze, też planuję od przyszłego roku akademickiego zmienić kierunek studiów, bo ten, na którym jestem był wyborem dla świętego spokoju. ;] ciekawe masz podejście i zupełnie zgadzam się z tym stawianiem sobie zawsze pytania "gdzie ja jestem w tym wszystkim", bo póki nie będzie mi samej dobrze, to i nikomu nie pomogę, nie dam nic dobrego z siebie.
    dziękuję za tą notkę i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa.
      Powiem Ci, że kiedy podejmowałam decyzję o zmianie kierunku to byłam święcie przekonana, że tylko ja źle wybrałam i zostanę w tyle podczas gdy reszta idzie uparcie obranym torem. Potem poznałam tylu ludzi, którzy zrezygnowali ze studiów pierwszego wyboru, że zaczęłam się dziwić jak to możliwe, że zdarzają się tacy, którzy kończą to, co zaczęli :-) Nie wiem czy kwestia przyciągania, czy zwracania większej uwagi na podobnych mi ludzi. W każdym bądź razie, mnie zmiana wyszła na dobre. Tobie też zapewne wyjdzie! Trzymam kciuki, aby tym razem studia sprawiły Ci frajdę i dały TOBIE wewnętrzny spokój ;-) Bo to w końcu własne życie masz do przeżycia ;-)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Dobrze napisane... jakiś czas temu odseparowaliśmy rodzinę męża od naszego życia... Dlaczego? Dlatego, że ta rodzina chciała mieć kontrolę nad naszym życiem, wiedzieć wszystko, i mówić nam jak mamy żyć. Objawy były jeszcze przed naszym małżeństwem ale wtedy byłam "grzeczna", ewentualnie sygnalizowałam mężowi, że tak być nie powinno, że moi rodzice znają granicę i mają świadomość, że to nasze życie i my sami musimy je sobie zorganizować i żyć własnym życiem. W czasem mąż sam przejrzał na oczy, zaczął dostrzegać destrukcyjny wpływ jego rodziny na nasze życie, małżeństwo... Wtedy też podjęliśmy decyzję, do której w znaczącej mierze przyczyniła się rodzina - było coraz gorzej, chociaż my ciągle próbowaliśmy żyć w zgodzie, z zachowaniem zdrowych granic. Koniec z tym, co nas niszczy, co z tego, że to bliska rodzina, która ciągle zadaje nam ciosy, po co nam takie relacje...

    Myślę, że wiele osób podejmuje swoje decyzję w systemie zero-jedynkowym, choć możliwe, że nie są tego świadomi. Uważam, że to dobra droga, sama często w życiu z niej korzystam.

    Ciekawego Nowego Roku :)

    Nina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno wiele osób korzysta z tego systemu, bo życie "po środku" to takie życie na "pół gwizdka", kiedy wiecznie jest się niezadowolonym, a przecież jest tylu szczęśliwych ludzi, że inaczej być nie może ;-)
      Dziękuję za Twój komentarz, świetnie wzbogaca mój przykład o historię widzianą z innego punktu widzenia. Z odcinaniem się od rodziny jest ten problem, że jest to dwa razy trudniejsze i dwa razy bardziej boli. Moja rodzina dopiero się tego uczy i czynimy to małymi kroczkami, ale jednak jak tak wszystko obserwuję, to widzę że kierunek został jednoznacznie obrany i teraz wszystko jest tylko kwestią czasu. Ale nie wszystkie decyzje należą do mnie, więc jedynie obserwuję i wspieram.
      Dziękuję za życzenia noworoczne - unikatowe i dlatego bardzo mi się spodobały ;-) Tobie również życzę takiego roku, aby przyniósł wiele szczęścia i przez to stał się ciekawy!

      Usuń
  7. Być zbyt apodyktycznym nie warto, być asertywnym to rozsądne oraz dosyć trudna sztuka, ale najtrudniejsze, a zarazem najpiękniejsze jest umieć "zaprzeć się samego siebie", czyli żyć dla dobra innych... Znałem takiego Człowieka!!! Jest się zarazem nikim, jak i WIELKIM CZŁOWIEKIEM, którego wielkość zwykle dostrzegają nieliczni, ci którzy rozumieją prawdziwą szlachetność...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie potrafię zrozumieć, co jest pięknego w "zaparciu się samego siebie". Niedawno usłyszałam zdanie, że takie podejście to tak naprawdę duchowe samobójstwo... Znacznie bliżej jest mi właśnie do tej opinii niż do Twojej.
      Rozumiem, że bycie uczynnym i szlachetnym jest obecnie passe, ale to co opisujesz, to dla mnie skrajny przypadek, który stawia jakość życia innych ponad własną, więc jaki jest cel takiego życia? Wieczna służba innym kosztem własnego szczęścia?

      Usuń
  8. Czy szczęście to tylko zaspokajanie swoich egoistycznych pragnień? Czy tylko na tym polega?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie gdybym nie wypadła na ostatni miesiąc ze świata blogowego mogłaby się tutaj wywiązać ciekawa dyskusja. Teraz prawdopodobnie ograniczę się do jednostronnego monologu.
      Szczęście nie posiada definicji. Nie widzę niczego złego w zaspokajaniu swoich pragnień. Niekoniecznie jednak są one zawsze egoistyczne - np. wolontariat. Dostarcza wiele radości wolontariuszom, a przecież oni nie robią niczego dla siebie - tylko dla innych. Pewnie, że otrzymują coś w zamian, ale to się dzieje niejako przy okazji.
      Niekiedy do szczęścia jest nam potrzebna chwila relaksu i wyjazd na wakacje. Czy jest w tym coś złego? Bo przecież trzeba mieć siłę, by zmieniać świat. Dlatego najpierw zaczęłabym od siebie, bo powołując się na znane słowa "świat potrzebuje ludzi, którzy są żywi".

      Usuń
    2. Ja pracowalem nad algorytmem do rozwiazania problemu rodzicow po rozwodzie ich konsekwencji na otozenie i na mnie. Dokladnie algrytmu 0-1 ubranego w problemy decyzyjne ale nie binarne. Bardziej rzeczywiste - 16stkowe, aby miec bufor na wiecej zdazen losowych. Powiem wam tak. Kazdy system zrobi crash. Predzej czy pozniej. Zaden nie jest doskonaly bo czlowiek nie jest doskonaly. TO nie dusza. To program ktory wymieknie jak odezwa sie uczucia ktorych nieznasz sam w sobie. Program sie wyjebie na plecy na ktorys z nich a droga decyzyjna ulegnie zniszczeniu. Nalezy zapetlic algorytm w algorytmie zagniezdzonym w zewnetrznym zbiorze zdarzen losowych Twojego otoczenia. Zrozumcie to jest gowno a nie Swiat i Natura i czlowiek w nim. Nigdy wiecej nie bede wiążal ciała umysłu + programu z duchem człowieka jego potrzebami i problemami jego rozwiazywania. Pomylilem sie. Nie wiedzialem ze jestem tak wrazliwy a stworzylem ego algorytm ktory uruchomilem we wlasnym zyciu. Ty Stworzylas algorytm szczscia z pominieciem własnego JA. Algorytm syci Twoje ja tylko w jeden sposob. Bez oceniania w tył i w przod co jest dla Ciebie dobre. Ile tego bylo ile wypada wprowadzic zlego aby stworzyc rownowage Twojego umyslu. Nie mozna wiecznie myslec pozytywnie to bzdura dla singli i typowych egoistow z natury. Uwazasz ze to egoistyczny algorytm. TO bzdura. TO system a nie algorytm egoistyczny. Luuudzie. Mozna sobie pomagac na wiele sposbow ale trzeba pamietac. System zero jedynkowy to system a nie zycie w ktorym masz zdazenia losowe "3d" a nie binarne 2d. nie wierzcie w te bzdury. To uzaleznia. Dusza choruje. Predzej czy pozniej sie odezwie. Nalezy dodac do Twojego algorytmu nie twoje "Ja" a Twoje wnętrze. Pod nie napisac algorytm a nie algorytm na wieczne pozytywne myslenie. To nie szczescie. Szczescie to zrozumienie Ciebie przez innych w takim chlamie 0 - 1 nikt Cie nie zrozumie. Jest na to inne rozwiazanie. Algorytm relacji dzialajacy sprawnie pozniej wdrazanie podprogramow na stabilnym gruncie nie w swoim umysle a umysle Twojego otoczenia. Umysle wszystkich. Nie ryjcie ludzią bani takimi blogami. Uwazajcie na emocje ktorych nie przewidujecie a radzicie mlodym zjesc gówno.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...