środa, 31 grudnia 2014

Jaki był rok 2014?

Ostatnie dni grudnia właśnie mijają, a godziny dzielące nas od 2015 roku można policzyć na palcach… obu rąk i nóg ;-) Przed nami ostatnia noc i szalone imprezy w klubach albo spotkania na domówkach z przyjaciółmi. A może zwyczajnie spędzimy ten czas w zaciszu własnego domu? Obojętnie gdzie jesteśmy i jakie mamy plany na tą (nie)zwyczajną noc wszystkie są do siebie podobne – do pewnego stopnia. Ale to wszystko co piszę, dotyczy przyszłości – bliskiej, bo bliskiej ale jednak. Na rozmowę o przyszłości przyjdzie jeszcze czas. A dzisiaj chciałabym Was zaprosić do przeszłości – do niezbyt długiej retrospekcji, która może niektórych zadziwi, innych znudzi, ale… jest to kolejny element wspólny dla każdego z nas. Ostatnio – chcąc, nie chcąc – poświęcamy choćby jedną krótką chwilę, na zadanie sobie pytania: co w tym roku mi się przydarzyło?

Co spotkało mnie w 2014 roku?

Ha! Zadziwię Was, ale pierwsza myśl była: NIC szczególnego. Taki schemat myślenia, przeciążony grudniowymi wydarzeniami. Na szczęście dla mnie, mam blog. Krótki rzut oka na archiwum – w tym roku to prawie 60 wpisów (!) – i już wiem, że wydarzyło się COŚ szczególnego. A właściwie tych „cosiów” było więcej niż jeden.
  • Zaczęłam uczęszczać na 1-dniowe szkolenia w moje uczelni oraz wzięłam udział w paru online, i każde z nich dawało mi niezłego kopa do działania.
  • Rozpoczęłam udzielanie korepetycji w świetlicy środowiskowej jako wolontariuszka i dzięki temu wciągnęłam się i w inne akcje wolontariuszy.
  • Pojechałam do Warszawy.
  • Odbyłam swoją pierwszą rozmowę kwalifikacyjną w życiu.
  • Byłam we Wrocławiu i jeszcze raz będę w tym roku!
  • Świętowałam 10-lecie znajomości z bliskimi mi ludźmi.
  • Poznałam również kilka nowych osób, Blogerów i Czytelników.
  • Nauczyłam się wiele o sobie, o swojej determinacji, organizacji i celach w życiu.
  • Od dawien dawna zdobyłam górski szczyt.
  • Napisałam kilka dobrych postów, które cały czas trzymają się w czołówce tych najczęściej przez Was czytanych jak np. System zero-jedynkowy, który osiągnął ponad 1200 odsłon ;-) 

 

Co ten rok zmienił we mnie?

Z całą pewnością stałam się silniejsza. Nadal jestem podatna na zranienia, ale potrafię walczyć o to, czego pragnę. Nie uginam się. W dalszym ciągu staram się żyć w zgodzie ze sobą i chociaż nieraz jest mi ciężko, to po każdej odbytej walce, upewniam się w przekonaniu że warto.

Zmieniły się moje poglądy i paradygmaty. Nie tkwię w przekonaniu, że dostałam już gotowy scenariusz i muszę postępować według niego – właściwie to jestem przerażona ogromem możliwości, które stoją przede mną.

Podszlifowałam swój zdrowy egoizm. Na studiach nieraz dochodzi do sytuacji rodem z dżungli, gdzie wygrywa najsilniejszy. Dostrzegam bitwy, gdzie warto walczyć i te które warto odpuścić.

Ten rok nauczył mnie jednak przede wszystkim sztuki rozmowy. O tym, kiedy warto rozmawiać a kiedy temat należy zaniechać. I co zrobić z tym, co z tej rozmowy wyniknie. Szczerość do bólu w rozmowach to również lekcja, którą parokrotnie przerobiłam w tym roku.

Co zaczęłam dostrzegać?

Mnóstwo dobrych chwil. Są dwa dobre sposoby na to, aby wyczulić się na dostrzeganie szczęścia w naszym życiu. Pierwsza to codzienne spisywanie różnych drobnych rzeczy do zeszytu. Dobra kawa, uśmiech sąsiada/sąsiadki, pochwała od szefa, zaliczone kolokwium, piękna pogoda. To naprawdę działa. W ramach jednego ze szkoleń online przez miesiąc spisywałam wszystkie dobre rzeczy, które przydarzyły mi się w ciągu dnia – obojętnie jak okropny by się nie wydawał. I po spisaniu okazywało się, że on rzeczywiście jedynie wydawał się okropny. Bo jak są też dobre rzeczy, to dzień nie jest w 100% straszny...

Druga to słoik. Słoik służy (przynajmniej w moim przypadku) do szczęść większego kalibru. Pisałam o rodzajach szczęścia w tym miejscu. Oprócz tego umieszczałam tam swoje sukcesy (nierozerwalnie powiązane ze szczęściem). Słoik posiada w sobie zawartość całego roku. Szczęść „większych” w głównej mierze, a czasem i „drobnych”, ale takich które określałam mianem tworzących mój dzień. Reszta wydarzeń nie była ważna, bo ten jeden drobny szczegół czynił mój dzień niezapomnianym. Uczucie wrzucania zapisanych karteczek do słoika jest wspaniałe, a czytanie ich na wieczór przed końcem roku, ponownie pokazuje, że w tym roku wydarzyło się WIELE szczególnych rzeczy ;-)

Oczywiście z początku jak do wszystkiego, co wymaga większego zaangażowania, podeszłam do idei słoika bardzo sceptycznie. Czytałam o tym na różnych blogach i chociaż przemykała mi przez głowę myśl: fajny pomysł, to jednak byłam daleka od jego realizacji. A potem trafiło się szkolenie online, w czasie którego należało taki słoik wykonać i kropka. Bez dyskusji. Kiedy rozpoczęłam przygodę z "dobrymi rzeczami" pomyślałam, że to tylko na chwilę, na miesiąc, na pół roku, a potem że na rok. Teraz, gdy jest już pełen myślę o kolejnym roku - to naprawdę wciąga. A na zakończenie roku kalendarzowego czyni ze mnie wspaniałego darczyńcę dla mnie samej.


A co na to horoskop?

Nie wiem ilu z Was pamięta ten post o moim horoskopie na 2014 roku. Przeglądając archiwum publikacji, postanowiłam do niego zajrzeć i sprawdzić jak te przepowiednie wróżek mają się do mojej rzeczywistości. A mają się nijak. Nie „wpadłam” z dzieckiem, nie wyszłam za mąż, nie otworzyłam własnego biznesu, nie rozchorowałam się. Co prawda wykazałam się kreatywnością, ale jest to tak ogólne sformułowanie, że każdy kto nawet nie jest Baranem, mógłby się podpisać pod tym stwierdzeniem.

Ten wpis dowodzi, że rok każdego z Was posiada w sobie coś dobrego, a odpowiedź która jako pierwsza przychodzi do głowy na pytanie: jaki był ten rok? jest często błędną odpowiedzią.

Szczęśliwego Nowego Roku! :-)

piątek, 26 grudnia 2014

Sztuka odpuszczania

We wpisie „Potrzebuję chwili egoizmu” napisałam, że „nadszedł dla mnie ciężki czas – czas decyzji”. Nie byłam zadowolona z tego jak wygląda moje życie. Przestałam odczuwać radość, zawalona zadaniami i i przytłoczona zbyt ogromnym poczuciem obowiązku (a czasem i poczuciem przyzwoitości). Stwierdziłam, że muszę mieć trochę czasu dla siebie, dlatego maksymalnie odpuściłam sobie wszystko, co tylko odpuścić potrafiłam. Zapowiedziałam, że takie działanie dotyczy listopada i prawdopodobnie grudnia. Grudzień zbliża się ku końcowi, więc nasuwa się pytanie: dokąd dotarłam z tym moim „nadmiarem czasu dla siebie”?

Pod koniec listopada nie poczułam żadnej zmiany. Podjęłam jedną decyzję, z którą nosiłam się już od początku października, ale ciągle brakowało mi odwagi, aby ostatecznie odciąć się od pewnych ludzi – bo zawsze może zaistnieć ryzyko, że będę żałować. Pod koniec miesiąca wiedziałam już, że nie żałuję i że to była dobra decyzja. Niemniej nie poczułam poprawy jakości mojego życia. Miałam więcej czasu, bo już nie angażowałam się w sprawy Koła, ale nie widziałam żadnych znaczących zmian w sposobie mojego myślenia. Postanowiłam przedłużyć swoją „chwilę egoizmu” do końca grudnia.

Ostatni miesiąc roku był dla mnie niezwykle intensywny. Dlatego na blogu było mnie jeszcze mniej niż zakładałam. Dużo się działo, dużo było zaliczeń (pierwsze „zerówki”), prezentacji plus moja praca licencjacka, która bez mojej pomocy sama się nie napisze. Do tego Święta i te całe przygotowania przed, które zajmują nieproporcjonalnie dużo czasu… W konsekwencji nie czułam, abym w grudniu zdołała podjąć jakąkolwiek decyzje, bo… nie miałam czasu/siły jej przemyśleć.

Przed samymi Świętami zostałam z dwoma nierozwiązanymi problemami w moim życiu. Sprawy na tyle ważne, że brak decyzji w ich temacie mnie unieszczęśliwiał. Jestem osobą, która stosuje w życiu zasadę „ostrych cięć”, nie lubię „półśrodków”, bo stosując je czuję się nie fair (zarówno w stosunku do innych jak i do siebie). I nagle przyszedł 22 grudnia a ja ze zdumieniem odkryłam, że zaczęłam na powrót dobrze sypiać. 23 grudnia podjęłam decyzję w sprawie, która dzień wcześniej wydawała się nie do rozwiązania, bo miała tyle samo plusów jak i minusów. Ale nagle coś się wydarzyło, coś co mi pokazało, że należy odpuścić. I zrozumiałam, że nie zawsze można podjąć decyzję wtedy, kiedy ma się na to ochotę – czasem trzeba wykazać się cierpliwością. Tak jak przeczytałam u someonextoxlove słowa Beaty Pawlikowskiej: „Kiedy musisz wybrać jedno z dwojga, a jedno i drugie wydaje się równie ważne, pożądane i słuszne nie podejmuj decyzji. Jeśli nie widzisz wyraźniej różnicy między nimi to nie znaczy, że ona nie istnieje, a jedynie tyle, że w tej chwili jej nie dostrzegasz. Nie śpiesz się, poczekaj, właściwe rozwiązanie samo się pojawi.” Wszystko sprawdziło się co do joty. I tym sposobem został ostatni problem do rozwiązania, ale w głębi siebie już wiem jakie kroki należy podjąć.

Podsumowując te dwa miesiące, musiałam przeanalizować pięć spraw. Może efekt końcowy wyda się dziwny postronnemu Czytelnikowi, ale w trzech sprawach postanowiłam odpuścić. Bo jak każdy wie, kiedy tylko jedna strona stara się o dobre relacje, o fajne wykonanie projektu, bo tylko jej samej zależy, to jest to zdecydowanie za mało. Reszta zadań nie była dla mnie. To nie byłam ja. Wiele rzeczy nie funkcjonowało tak, jak ja bym tego chciała, a jak wspominałam „półśrodki” nie są dla mnie.

Odpuszczanie jest sztuką. Po pierwsze nigdy nie wiadomo, co należy sobie odpuścić a o co walczyć. Po drugie, kiedy zadecydujesz co odpuścić, to musisz zrobić rzecz najtrudniejszą i… odpuścić. Może komuś wyda się to dziwne, ale ostateczne rozmowy/działania wcale nie są łatwe, bo nigdy nie wiadomo co po nich nastąpi i czy odnajdziemy się w nowej rzeczywistości.



Podczas jednej z rozmów, moja przyjaciółka zauważyła, że dokonuje już takich „noworocznych porządków” i chociaż z początku mnie to zdumiało, to po namyśle przyznałam jej rację. Każdy z nas ma ograniczoną liczbę godzin do zagospodarowania, więc warto pomyśleć na co chcę poświęcić swój czas. Pewnie, że z pracy/studiów nikt nie będzie rezygnował, ale są takie relacje w naszym życiu, które niczego nie wnoszą i są takie zadania dodatkowe, w które nie warto się angażować, bo one wcale nas nie rozwijają. Warto próbować nowych rzeczy, poznawać nowych ludzi, nabywać nowe umiejętności, ale warto przy tym cały czas pamiętać, że nie wszystko jest przeznaczone dla nas. Nie we wszystkim się odnajdziemy i nie wszystko jest warte tego, by zajmowało nas czas. A czasem zwyczajnie zasługujemy na coś więcej.

Dzięki tym dwóm miesiącom znacząco posprzątałam w swoim życiu. Przy okazji utworzyła mi się lista moich priorytetów – delikatnie zaktualizowana. I chociaż w dalszym ciągu moje życie nie ma jeszcze takiego wyglądu, jakiego bym sobie życzyła, to ma w sobie elementy spokoju. Małe słówko „spokój”, które kojarzy się jedynie z ludźmi starszymi, zmęczonymi hałaśliwymi wnukami zyskało dla mnie inny wymiar. Z braku spokoju w swoim życiu nie potrafiłam odnaleźć się w rzeczywistości i wiele rzeczy mnie drażniło. Brak spokoju zakłócał mój sen i nie pozwalał na efektywne wykorzystanie dnia. Spokój. To właśnie jego najczęściej życzyłam moim bliskim na te Święta. Po raz pierwszy nie było to dla mnie puste słowo, tylko słowo z bogactwem znaczeń. Odnalazłam swój spokój, morze się uspokoiło i nareszcie wiem w jakim kierunku zmierzam. Co więcej, z naprawioną nawigacją wiem, że tam dotrę. Odnalazłam swoją pewność.

wtorek, 23 grudnia 2014

Świąteczne życzenia

Ostatnie dni to dla mnie bardzo intensywny okres. Dający w kość na uczelni, a wyciszający w domu. Zyskałam dawno poszukiwany spokój ducha. I to jest dla mnie największa magia nadchodzących Świąt. Jeżeli nie tak wygląda, to już nie wiem jak inaczej. Więcej napiszę po Świętach aż kurz z wiru porządków spokojnie spadnie i z wolną głową usiądę do pisania. Będzie pozytywnie!

Tymczasem…
Chciałabym życzyć wszystkim Czytelnikom SZCZĘŚLIWYCH Świąt Bożego Narodzenia. Wypełnionych miłością rodziny oraz wewnętrznym ciepłem.
Odnajdźcie w sobie tą drobną iskierkę, która pomoże dostrzec, że najbliższe dni to nie tylko kartki w kalendarzu ale czas szczególny. Niech ta iskra rozpali ogień i pokaże, że to tak naprawdę: czas wyciszenia, czas spoglądania na dotychczasowe sprawy z dystansu, czas odczuwania wielkiej radości. A przede wszystkim czas, który spędza się z ludźmi bliskim sercu. Niech w Waszym życiu będzie takich ludzi jak najwięcej!

Życzy
Karolina G.


niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczna atmosfera - dlaczego jest lub jej nie ma

Dwa lata temu nie czułam atmosfery Świąt Bożego Narodzenia. Rok temu było podobnie. W tym roku na pytanie: czy cieszę się na Święta? Odpowiedziałam wymijająco, że moja radość byłaby znacznie większa gdybym poczuła, że nadchodzą Święta. Od tego czasu nieustannie pytam sama siebie co tak naprawdę rozumiem pod pojęciem: atmosfera Świąt?
 

Świąteczne utwory

Bez nich zdecydowanie nie byłoby Świąt! U mnie w domu jest to obowiązkowy element tła podczas strojenia choinki, pieczenie pierniczków oraz w samą Wigilię (chociaż przy ostatnim wydarzeniu królują głownie kolędy). Nie rozumiem dlaczego amerykańscy wykonawcy byli w stanie zaśpiewać tyle wspaniałych utworów o spokojnej nucie, w których tle słychać dzwoneczki - podczas gdy w polskim wykonaniu usłyszymy w przerażającej większości kolędy. To tak jakbyśmy nie mieli pomysłu… albo za mało się cieszymy na Święta. Wśród kolęd króluje w szczególności „Cicha noc”, która zaraz po „Lulajże Jezuniu” jest jedną ze znielubionych przeze mnie kolęd. Wiem, że zapewne narażę się co poniektórym z Was, ale nic na to nie poradzę. Są niesamowicie smutne, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że smętne. Taka już nasza religia, że nawet podczas szczęśliwych wydarzeń, nakazuje nam zachowanie zbliżone do zachowania jakby umarła nam najbliższa osoba… Dlatego przed Świętami skupiam się głównie na zagranicznych wykonawcach i ich radości. Kiepska ze mnie patriotka w tym względzie.

Zapachy Świąt

Zastanów się przez chwilę z jakim zapachem kojarzą Ci się Święta. Zapach igliwia z „żywej” choinki albo wieńca adwentowego? Cynamon? Piernik? Dla mnie zdecydowanie jest to piernik :-) Podczas pieczenie pierniczków oraz robienia moczki (teraz już wiadomo, że jestem ze Śląska). Uwielbiam ten moment, kiedy tata wraca do domu a ja piekę pierniki i już na wejściu słyszę okrzyk zachwytu „jak tu fajnie pachnie”. Moja magiczna chwila.


Choinka i wystrój domu

Kiedyś mama wprowadziła do domu dobrą zasadę, że stroimy dom z początkiem adwentu. Przed Świętami ozdoby cieszą i powoli pozwalają uwierzyć, że to już naprawdę „za chwilę” będą Święta. Natomiast po 26 grudnia wszystkie „drobiazgi” zaczynają drażnić. Co do choinki, stroimy ją na „chwilę” przed Wigilią, ale i tak jest cudnie. Choinka jest sztuczna, a więc to co, w niej kocham to dowolność przestawiania gałęzi i zawieszania bombek według własnego pomysłu, a nie pomysłu natury ;-)

Oświetlenie

Idąc po zmroku ulicami miasta czuję się bezpieczniej. Jest jaśniej, cieplej (złudne uczucie) i jakoś tak „świątecznie”. Małe światełka rozwieszone wzdłuż ulicy albo oświetlone domy, a jednak potrafią zmienić najbliższą okolicę nie do poznania. Największe odkrycie tego roku? Mój sąsiad oświetlił choinkę, która ma może 50 cm wysokości – prawdziwe cudo i żaden przymiotnik oprócz słowa „słodka” nie przychodzi mi do głowy. Reakcja na jej widok jest podobna jak na widok słodkiego szczeniaka ;-)

Jarmark Bożonarodzeniowy

Od kilku lat w moim mieście organizowany jest Jarmark Bożonarodzeniowy, który trwa pełne 3 tygodnie. Na ten czas, na rynku stawiają specjalne budy, w których można kupić przeróżne rzeczy od biżuterii przez słodkości po wędliny i góralskie sery. Właściwie taki miszmasz jak ja to nazywam. Przez 3 weekendy są organizowane jakieś występy, wspólne kolędowanie a w ostatni weekend występuje zespół lub indywidualny wykonawca. I teraz wyobraź sobie spacer w mroźny wieczór na taki rynek, na którym jest mnóstwo ludzi, którzy słuchają fajnych świątecznych utworów, popijając grzaniec i rozmawiając z przyjaciółmi/rodziną. Czy nie tak właśnie wyglądają „świąteczne chwile”?

Ludzie

Też masz takie wrażenie, że Pani w sklepie jakby bardziej się uśmiecha? A na zakończenie zakupów słyszysz „wesołych świąt” i chcesz czy nie chcesz, odwzajemniasz uśmiech. Mijasz więcej zadowolonych ludzi, a w centrum handlowym lecą świąteczne utwory, które dodatkowo wprawiają ludzi w dobry humor? Nie? Szkoda, bo ja tak właśnie to widzę. A w szczególności te rozmowy z osobami z grupy na studiach i ich opowieści (z rozmarzonym wzrokiem) o tym, jak będą przygotowywać się do Świąt i jakie są u nich zwyczaje w domu.
Święta to też ogólnie czas spotkań z ludźmi. Głównie z rodziną, ale również z przyjaciółmi przed lub po 24 grudnia. To również mój „jasny punkt” w grudniu, kiedy widzę się z dawno niewidzianymi znajomymi, studiującymi w innych krańcach Polski.

Biorąc pod uwagę te wszystkie punkty, nie sądzisz, że głupio o brak świątecznej atmosfery obwiniać śnieg, czyli nic więcej niż zamrożoną wodę? Do Świąt zostało jeszcze 1,5 tygodnia, więc przemyśl temat ;-)

niedziela, 7 grudnia 2014

Nawyk pierwszy: Bądź proaktywny


Poniżej dostarczam Wam opracowanie pierwszego nawyku z książki S.R.Covey’a pt. „7 nawyków skutecznego działania”. Zastrzegam, że jest to jedynie część z zawartych informacji, ponieważ książka jest bardzo bogata w mądre treści, a na potrzeby wpisu, postanowiłam skupić się na esencji.

niedziela, 30 listopada 2014

Nowoczesna technologia – wspiera czy wypiera?

Pamiętam swoją radość, kiedy odkryłam, że mogę sparować swój smartfon z pocztą gmail. Potem okazało się, że moja uczelnia wychodząc naprzeciw studentom, umożliwia umieszczenie planu zajęć w kalendarzu gmail i tym samym (niepojętym dla mnie sposobem) nagle stałam się właścicielką planu w kalendarzu z telefonu. W międzyczasie oczywiście doszła aplikacja facebooka i chyba to, co mnie wtedy rozpierało, to była duma. Będę cały czas na bieżąco! Będę wiedziała co i gdzie się dzieje, jakie mam mieć zajęcia i w jakiej sali, a do tego będę mogła odpowiadać na maila 24h/dobę. Czy tak wygląda sielanka?

Niestety to był początek osobistego piekła, które sama sobie zgotowałam. Naprawdę nietrudno stać się niewolnikiem nowoczesnej technologii, skoro jest podawana w tak ładnej formie. Ba! Ona wręcz kusi ułatwieniem Ci życia, bo wszystko w sobie łączy i będąc w jednym miejscu możesz mieć dostęp do wszystkiego! Kto by tak nie chciał? Przecież wtedy zyskuje się pozorne poczucie, że ma się wszystko pod kontrolą. I to uczucie jest tak potężne, że wszechogarnia i upaja trochę jak narkotyk (nigdy nie brałam, ale tak sobie myślę, że to musi być porównywalne).


W pewnym momencie (może z 2 lata temu), kiedy myślałam że zwariuję od natłoku wiadomości, komunikatów z facebooka i liczby nieprzeczytanych wiadomości, wpadłam na pomysł aby wylogować się z sieci. Od tego czasu sporadycznie urządzam sobie takie niedziele, kiedy wyłączam telefon komórkowy i staję się naprawdę szczęśliwa i wolną dziewczyną. Po pierwszym dniu takiego detoksu poczułam… ulgę. Nikt nic nie chciał, a nawet jak chciał, to o tym nie wiedziałam. I tutaj leży cały klucz do zagadki – niewiedza. Skoro o czymś nie wiem, to nie muszę reagować. To wyzwala. A przynajmniej moja natura nie pozwala na inne zachowanie, bo kiedy pojawia się problem, to od razu reaguję. Mam takie wyimaginowane poczucie, że muszę coś wymyślić, zaradzić, pomóc. I czasem myślę, że od tego ciągłego myślenia pęknie mi głowa. A wyłączenie się z sieci pozwala mi na bycie obojętną na losy świata. Wiem, że niektórzy stosują podobną zasadę co do korzystania z internetu, więc chyba nie jestem jedyna w swoim poczuciu przytłoczenia.

Inna historia. Moja koleżanka kupiła sobie w zeszłym tygodniu telefon komórkowy. Nie byle jaki, bo Sony Xperia 3 i zapłaciła za niego niebagatelną sumę 2200 zł. Zmiana telefonu była podyktowana… wewnętrzną potrzebę posiadania nowego telefonu. A, że koleżanka ogólnie posiada dwa telefony (od dwóch różnych operatorów), to już tego nie komentuję. Sama jestem totalną ignorantką takich gadżetów i technologii w większości (może dlatego nie rozumiem jej podejścia). Największym moim nieszczęściem była ostatnia decyzja o zakupie laptopa… Na całe szczęście, po dwumiesięcznym oswajaniem się z myślą, że TRZEBA kupić nowy laptop i przeszło dwóch tygodniach jeżdżenia po sklepach i czytania w Internecie informacji dla laików, laptop zakupiłam. Nawet wyszedł mnie taniej niż zakup wspomnianego telefonu przez koleżankę. Jeżeli ktoś jest tak samo jak ja ignorantem w tej materii, wyjaśniam, że Xperia 3 posiada tą niesamowitą właściwość, że robi zdjęcia pod wodą. Pewnie ma jeszcze inne wyśrubowane parametry, ale nie chcę tutaj robić jego reklamy. Chodzi o to, że wiem że koleżanka nie będzie robić zdjęć pod wodą, bo jak sama wyznała – obawia się tego. Jaki sens? Do czego służy głównie telefon? Do komunikowania się. Oprócz tego najczęściej słucha się muzyki, komentuje wpisy na facebooku i robi zdjęcia. Cała reszta to tzw. gratis, z którego korzysta się zazwyczaj jeden jedyny raz, kiedy sprawdza się co ta „ikonka” oznacza. Jaki pojawia się problem, kiedy kupuje się drogi telefon? Trzeba o niego szczególnie dbać, uważać jak i gdzie się kładzie, zakupić dodatkowe etui i przez długi czas oszczędzać pieniądze ;-)

Innym niesamowitym wynalazkiem, o którym ostatnio miałam okazję przeczytać jest zegarek Samsung GEAR. Zaintrygował mnie jego opis (cytat wprost z ulotki, napisany pogrubioną czcionką): „Dla Twojej wygody masz ciągły dostęp do powiadomień, odbierania lub odrzucania połączeń oraz wyświetlania wiadomości bezpośrednio z poziomu nadgarstka. ” A poniżej dodatkowa informacja: „Wbudowany Czujnik Tętna i Krokomierz pozwalają Ci zmierzyć wyniki podczas treningów i kontrolować progres Twoich umiejętności.” Strach myśleć, co się stanie jak zamiast progresu wyjdzie nam regres … zegarek zadzwoni po osobistego trenera? Cena takiego cuda waha się od 700 zł do 1100 zł, w zależności od posiadanych funkcji zegarka.

Można powiedzieć : WOW, muszę go mieć! A można i się przerazić, że oto mamy szansę stać się w nowy sposób niewolnikiem. Cały czas być dostępnym pod telefonem i zero wymówki, że bateria się rozładowała! Czasem mnie to przeraża. Tak jak dzisiaj. Dlatego wyłączyłam swoją komórkę wczoraj i pozwalam sobie na być może ostatnie z takich dni, kiedy bycie poza siecią będzie jeszcze w ogóle możliwe.

niedziela, 23 listopada 2014

Ciągle Wybieram Szczęście


Zdjęcie, chociaż zostało zrobione przeze mnie, to przedstawia strony z czasopisma Twój Styl (nr 10/2014). Jest to zrozumiałe, że nie mogłam przekartkować artykułu obojętnie. Nie wiem, ilu z Was wierzy w „znaki”. Ja wierzę. Oczywiście nie chodzi mi tu o przesądy, bo kiedyś usłyszałam mądre spostrzeżenie: „mam tyle własnych problemów, że szkoda mi czasu na przesądy”. Nie mam na myśli również tego, że dopatruję się we wszystkim znaków – patrzę na kształty chmur albo wróżę sobie, że deszcz za oknem nie zapowiada dobrego spotkania. Nie, zdecydowanie nie o takie „znaki” mi chodzi. Prędzej myślę już o tym w kategoriach „wskazówek”. Nieraz męczę się z jakimś problemem, a potem jego rozwiązanie pojawia się nagle. Myślę o czymś intensywnie, a wspaniały pomysł przychodzi mi na myśl, kiedy widzę jakąś osobę. Nie wiem, którą drogę wybrać i pojawia się kot, a ja sobie ubzduram, że jadę właśnie tam, gdzie kot. Chodzi o drobne szczegóły, które naprowadzają mnie na dobre tory i wierzę, że nie dzieją się przypadkowo.

niedziela, 16 listopada 2014

Potrzebuję chwili egoizmu

„Nie mam czasu” – każdy zna i stosuje z powodzeniem to hasło. Spotkamy się? – Pewnie! W przyszłym tygodniu macie oddać kolejną część pracy licencjackiej. – Oczywiście! Trzeba zrobić prezentację. – Zrobimy! Pasuje Ci spotkanie z Koła w piątek? – Jak najbardziej. Pani Karolino przykro mi, ale zajęcia z wolontariatu trzeba przełożyć na inny dzień. – Jakoś dam radę. A do tego organizuję sobie czas we własnym zakresie i w tym tygodniu jadę na dwa szkolenia. Ponadto pod koniec miesiąca szykuje się wykład z neuromarketingu – żal nie jechać. W tzw. międzyczasie jest blog, czyli aktualnie bardziej go nie ma niż jest.

W końcu następuje ta sławetna chwila, kiedy widzę szkolenie online i chociaż aż mnie palce mrowią, by kliknąć „zapisz się”, głos rozsądku jest głośniejszy i mówi: „nie masz czasu”. Od razu zamykam stronę, by dłużej nie kusiła.

Na początku listopada złożyłam sobie postanowienie poprawy. Mniej czasu w Internecie – więcej przy książkach i nauce. Co prawda, A. się ze mnie śmiała: „Karolina, Ty?! Z czego Ty się chcesz poprawić?!” Statystycznie robię zapewne więcej niż przeciętny student. Stawiam sobie wysokie wymagania i bardzo żałuję, że nie potrafię stawiać równie wysokich innym. Jednak to już inna historia...

Do czego mnie to doprowadziło? Za dużo jest mnie dla innych, a za mało dla siebie. Za bardzo mi zależy i za bardzo staram się być w porządku wobec grupy i Koła. A gdzie w tym wszystkim ja? Gdzie to moje szczęście? Moja równowaga została zaburzona, bo osiągam wyniki nieproporcjonalne do poniesionego nakładu pracy. Dlatego nadszedł dla mnie ciężki czas – czas decyzji. Co jest ważne a co nie? Co odpuszczam, a o co walczę? To też czas poszukiwania odpowiedzi na pytanie: co dalej? Jeżeli już nie w kontekście życiowym, to może chociaż magisterki ;-)

W tym miesiącu zdecydowanie potrzebuję egoizmu. Stawianie cudzych potrzeb ponad własne nie przynosi niczego dobrego. Nie lubię być kozłem ofiarnym. Nie lubię też uczucia, że jestem wykorzystywana. Niesprawiedliwość kole mnie w oczy. A brak czasu na pisanie mądrych, optymistycznych notek naprawdę mnie smuci i martwi zarazem.

Tylko kiedy walczy się z tyloma wiatrakami naraz to zwyczajnie trudno o radość...

Biorąc to wszystko pod uwagę, zdecydowałam że w listopadzie będzie mnie tu trochę mniej. Może i w grudniu. Nie wiem. Nie znikam całkowicie, ale pojawię się może raz na tydzień. Teraz musi mnie być mniej, aby później mogło mnie być więcej i to w lepszym wydaniu. Głęboko w to wierzę.

Ostatnio za dużo robię tego, co muszę. Podczas gdy zdecydowanie za mało tego, co lubię. To, co muszę robię, bo tak trzeba i te zadania zawsze mają priorytet. Przez to brakuje mi czasu na to, co lubię (np.blog). A gdy nie robię tego, co lubię; nie mam siły ani motywacji robić tego, co muszę.


Dlatego teraz mam okres „leżakowania”. Poleżę, ale niezbyt długo. Na tyle, by znowu ufać sobie oraz swoim umiejętnością zarządzania czasem. Wszystko po to, by tworzyć nowe możliwości.

A może nadszedł czas na życiowe porządki?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Co to jest paradygmat i na co on komu?


Zaczynam przygodę z ambitną książką pt. „7 nawyków skutecznego działania” S. R. Covey’a. Najpierw usłyszałam, że jest warta przeczytania, następnie że bardzo ciężko się ją czyta. Ale w myśl zasady, że dla chcącego nic trudnego, podejmuję się wyzwania. Pomyślałam nawet o czymś więcej – o próbie podzielenia się tym, czego z tej książki się dowiem. Z prostego rachunku wychodzi mi osiem postów, skupionych wokół tematyki nawyków. Nawyków, które mają uczyć wiary we własne możliwości oraz zwiększenia efektów własnych działań. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy!

środa, 29 października 2014

Jest wiedza i wiedza...

Jakiś czas temu w mojej grupie na studiach został poruszony wątek doktoratu: kto robi, kto nie robi i dlaczego. Oczywiście odpowiedzi były przeróżne. Osobiście opowiedziałam się za nie robieniem. Zostało to jednoznacznie odebrane jako, że nie chcę się dalej kształcić. Czasem mnie to bawi, że ja potrafię zrozumieć punkt widzenia innej osoby, że doktor przed imieniem to prestiż oraz że dane studia mogą kogoś na tyle fascynować, że chciałby je jeszcze bardziej zgłębić. Nie wiem tylko dlaczego to zrozumienie nie działa w drugą stronę. Przecież nie wszyscy muszą mieć parcie na wiedzę. Uznałam, że nie mam i pogodziłam się z tym.

Do czasu.

Zawsze lubiłam się uczyć i nie miałam z tym większego problemu – świadectwa z paskiem i takie tam „bzdury” były u mnie normalnością. Potem przyszedł czas na studia i wreszcie upragniony okres, kiedy człowiek uczy się tylko tego, co go interesuje… Błąd w myśleniu został mi wytknięty zaraz na pierwszym roku, bo każde studia charakteryzują się grupą przedmiotów totalnie zbędnych: nudnych, nieżyciowych (z „przeterminowanymi” informacjami) a przez to zupełnie nieprzydatnych.

W tym roku jak już pisałam, jestem wyjątkowo na „nie” na wiedzę. Może dlatego, że to cały czas ta sama wiedza? Powtarzanie budowy analizy SWOT brzmi już niemal jak mantra, a konstrukcję macierzy BCG potrafię wyrecytować przez sen łącznie z jej interpretacją. A to tylko ułamek ułamka procenta wiedzy, która mnie już bardziej nuży niż ciekawi. Z takich i wielu podobnych sytuacji, wyciągnęłam wniosek, że może już się wypaliłam? Może po kilkunastu latach tkwienia w systemie edukacji mam zwyczajnie dość wiedzy?

W tym tygodniu została mi przypomniana ważna teza. Mianowicie: jest wiedza i wiedza. To podobnie jak z książkami: są książki i książki. Książki, a konkretniej lektury, dzięki którym ¾ dzieciaków w szkołach mówi, że nie lubi książek. Pewnie sama zaliczałabym się do tego grona, gdybym nie czytała czegoś więcej niż tylko lektury. Bo są też te „i książki”, czyli to, co nas interesuje – książki lekkie, zabawne, z ciekawą fabułą.

Podobnie jest z wiedzą, która jest wykładana na wykładach. Ha! Pół biedy gdyby była wykładana. Ona jest zwyczajnie wyświetlana na slajdach przez kilkadziesiąt godzin w semestrze i na koniec następuje sprawdzenie dokładności wykonania notatek przez studenta (czyt. przepisania slajdu).

I jest też ta „i wiedza”, która wiąże się z naszym zainteresowaniami. Taka, która nie jest czysto teoretyczno-akademicka, ale „czuć w niej życie”. Możecie ją nie tylko zrozumieć (bez pisania notatek), ale również widzicie dla niej zastosowanie w życiu. Bo tylko wiedza praktykowana ma sens zgłębiania.

W tym tygodniu miałam fantastyczną okazję wziąć udział w dwóch spotkaniach. Pierwsze to było właściwie szkolenie prowadzone online dotyczące marketingu. Tak się składa, że w tym semestrze mam właśnie marketing jako przedmiot sam w sobie. Z dotychczasowych spotkań jeszcze niczego nie wyniosłam. Nie chodzi tutaj oto, że jestem już z góry nastawiona na „nie” i krytykuje to, co jest nam przekazywane na zajęciach. Po prostu taki przedmiot jak marketing jest dla mnie przedmiotem czysto praktycznym. Pewnie, że jest teoria, bo są i jakieś strategie marketingowe, które się wdraża i przynoszą one oszałamiające rezultaty danej firmie. Tylko, że takiej teorii nie zobaczycie na wykładzie. Tam jest teoria z podręczników sprzed 20 lat, podczas gdy obecnie dużą siłę oddziaływania ma marketing stosowany za pomocą Internetu. W książkach dowiecie się na jakie segmenty możecie podzielić rynek albo rozszyfrujecie skrót 4P lub 5P (zależne od źródeł, ale już nie skupicie się na tym jak korzystać z tych narzędzi) i skomentujecie próbę manipulacji konsumenta. Niewiele, prawda?

Szkolenie online było dla mnie bliskie objawieniu. No, trochę przesadzam. Dostałam wiedzę praktyczną z uzasadnieniem DLACZEGO to działa, KTO to stosuje i JAKIE osiąga dzięki temu rezultaty. Pytanie czego wolelibyście się uczyć, uznaję za retoryczne… Co ciekawsze, szkolenie online trwało dokładnie tyle, co moje wykłady – a poziom wyniesionej wiedzy jest nieporównywalnie większy.

Drugie spotkanie to były wykłady prowadzone na mojej uczelni przez firmę z zewnątrz. Chodziło o pokazanie możliwości wykorzystania badań rynku w praktycznym ujęciu – stąd tematem przewodnim był trend w konsumpcji (jako zjawiska badanego). Dla mnie to było naprawdę COŚ. Nie chodzi tutaj o wyniesioną wiedzę z wykładu, bo takiej nie ma. Nie znaczy to jednak, że przesiedziałam 3h na tyłku bez celu. Usłyszałam dużo ciekawostek, dowiedziałam się o trendach które obserwuje się w Polsce, o nowych zjawiskach i o takich, które wśród zachowań konsumentów już zanikają.



Nawet było co nieco o blogosferze, czym zostałam szczerze zaskoczona. Temat był naprawdę przyjemny i każdy mógłby się w nim odnaleźć – nie tylko ekonomiści, bo przecież konsumentem jest każdy z nas. Wykład został fajnie poprowadzony z profesjonalnie zrobioną prezentacją (na której były tylko zdjęcia a tekst był mówiony przez prelegentów) i przekazaniem ogólnej wiedzy o tym, co się w Polsce dzieje. A czasem i o tym, co się dzieje za granicą a co na Polskę wpływa.

Dlaczego piszę o tych wszystkich „och i ach”? Bo znowu jestem w mniejszości. Z mojego roku na drugiej części wykładu zostałam sama z koleżanką. Na mój komentarz iż mi się podoba, usłyszałam: cóż, o gustach się nie dyskutuje. Tylko, że to nie jest kwestia gustu. Gdyby nie podobał mi się kolor prezentacji albo forma jej prowadzenia, moglibyśmy rozmawiać o gustach. To jest kwestia zainteresowań. Może dla kogoś było to stratą czasu, skoro nie ma żadnej wiedzy „do zanotowania”. Dla mnie to było ciekawe przeżycie, które mi uzmysłowiło, że oprócz tego czym przejawia się minimalizm w Polsce a czym na Zachodzie i jak zmienia się mentalność konsumentów na przestrzeni czasu, to każde dane można przedstawić w znacznie ciekawszej formie niż tabelaryczna i mogą służyć do znacznie ciekawszych celów niż tylko uzupełniania baz danych GUS-u. Nie to, żebym tego wcześniej nie wiedziała – po prostu się nad tym nie zastanawiałam.

Te dwa wydarzenia pokazały mi to, co wielokrotnie czytałam w teorii. Zaangażowanie uczącego się, wynikające z jego zainteresowania, ma znaczny wpływ na jakość i szybkość zapamiętywania informacji. Ponadto zobaczyłam poziom prezentacji, który chciałabym osiągnąć na swoich własnych wystąpieniach (nawet tych w ramach elementu zaliczenia). No i doszłam do jeszcze jednego wniosku. Lubię się uczyć. Naprawdę. Ale tylko tego, co mnie interesuje ;-)

wtorek, 21 października 2014

Czego uczę się od dzieci?

Tytuł równie dobrze mógłby brzmieć: co daje mi wolontariat? Bo to, co czerpię z tych kilku godzin tygodniowo, to właśnie nauka płynąca z obserwacji dzieci. Każdy wolontariat uczy czego innego. Nie, żebym miała w tym duże doświadczenie – zaledwie skromne, w postaci dwóch jednodniowych akcji, z których wyniosłam mieszane uczucia. Kiedyś napisałam, że podjęcie decyzji o chęci udzielania się w życie społecznie bezpłatnie to jedno. A znalezienie miejsca, które by to umożliwiało, to drugie. W dalszym ciągu podtrzymuję tą opinię. Chciałabym tylko dodać, że… warto. Warto trochę się pomęczyć i poszukać takiej formy wolontariatu, która by nam odpowiadała. Warto tak długo marudzić aż znajdzie się miejsce, w którym chce się spędzać swój wolny czas. Dla tego wszystkiego, co dostajesz w zamian – warto.

Działalność w świetlicy rozpoczęłam od typowej organizacji zajęć i wymyślania matematycznych zadań. Potem była pomoc w nauce, czasem zwykłe pilnowanie dzieci, a kiedy indziej wspólna zabawa. Taka „praca” z dziećmi wymaga ode mnie nieustannej elastyczności i spontaniczności. Kiedy jadę na zajęcia, nigdy nie wiem na co trafię, dzięki czemu otwieram się na wszystkie propozycje.

Przez to, że czas w świetlicy spędzam w różnoraki sposób – w zależności od potrzeby – przyjmuję różne role. Czasem jestem opiekunką, czasem nauczycielką, a czasem towarzyszką zabaw (w szczególności kiedy jest potrzebny ktoś wysoki do rzucania piłki ;-) ). Sprawdzam, w których rolach dobrze się czuję i nabieram coraz większej swobody w zachowaniu.

Kreatywność jest cechą obowiązkową, przy tłumaczeniu zawiłości czasów Present Simple i Present Continuous. Dużo myślę nad takim wyjaśnieniem mnożenia ułamków, żeby były bardziej przyswajalne dla dzieci niż teoria wykonywania działań. Bo jestem idealistką i wolę, gdy ktoś coś zrozumie niż zapamięta. W myśl zasady, że rzecz raz zrozumianą zawsze można sobie przypomnieć. Ale już rzadko kiedy udaje się przypomnienie rzeczy niezrozumianej ;-)



 
Tego wszystkiego uczę się dzięki dzieciakom. A czego uczą mnie one same?
- otwartości na innych – każda nowa osoba jest nowa… przez pierwsze 10 minut. Potem różnice się zacierają i nagle wszyscy wspólnie coś tam wyklejają.
- szczerości – na proste pytania nigdy nie ma prostych odpowiedzi. „Był obiad?” – „Tak. Były ziemniaki, kotlet i surówka”; „Mama w pracy?” – „Nie. Wzięła wolne i cały dzień spędziła w domu. Byliśmy też na zakupach, ale ja nie lubię robić zakupów.” Możesz zadać dzieciom proste pytanie i nie dość, że usłyszysz szczerą to i rozbudowaną odpowiedź.
- braku obłudy – nie podoba Ci się, że koleżanka jest w innej drużynie niż Ty? – rozpłacz się. Nie lubisz nauczycielki – powiedz o tym koleżankom. Masz fajne kolczyki – zwróć innym na to uwagę. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale rozbraja mnie takie zachowanie ;-)
- prostych gestów i potrzeby kontaktu – wyjście na podwórko to pretekst, by wsunąć swoją dłoń w Twoją. A zwycięstwo drużyny w grze to dobry powód, by Cię uściskać.
- niespodzianek – po raz pierwszy w Dniu Edukacji Narodowej, to nie ja rozdawałam kwiaty innym, a sama dostałam różę. Nie tłumaczyłam, że z nauczycielstwem nie mam za wiele wspólnego, bo po co? Róża mnie niesamowicie wzruszyła. Stoi na moim biurku i pięknie się rozbija.

To wszystko sprawia, że przez całą drogę powrotną z zajęć, sama się do siebie uśmiecham i myślę, że to był dobry dzień. I wiem, że za tydzień czeka mnie podobny – równie udany.

Bardzo dobrze pamiętam jak podczas rozmowy, kiedy starałam się o możliwość wolontariatu, usłyszałam najpierw pytanie: „co może Pani zaoferować”, a później „czego Pani oczekuje od wolontariatu?” Wtedy byłam zaskoczona tym pytaniem i powiedziałam pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy: satysfakcji, że komuś pomogę. Nigdy nie przypuszczałabym, że tych rzeczy może być znacznie, znacznie więcej. Dlatego właśnie warto!

czwartek, 16 października 2014

Dlaczego nie zadajesz pytań?

W tym semestrze uczęszczam na zajęcia o dość skomplikowanej nazwie, które w skrócie określamy mianem „edukacji”. Nie mam pojęcia dlaczego przedmiot z zakresu pedagogiki trafił do naszego ekonomicznego planu. Nie mam również pojęcia co mogę wynieść z wykładu na temat systemu edukacji w Polsce, który już prawie kończę. Po kilkunastu latach tkwienia w nim, wyczekuję końca z radością. Ale to wszystko jest nieważne, bo nie o tym ma być ten wpis.

W wielu artykułach na temat samorozwoju przeczytacie, że warto być jak małe dziecko – ciekawe świata. Tak ciekawe, że nie zamyka mu się buzia od ciągłego zadawania pytań „dlaczego?”. „Dlaczego niebo jest niebieskie, a trawa zielona?”, „dlaczego ta pani ma taki dziwny kapelusz?”, „dlaczego muszę jeść marchewkę?”…itd.

Podczas wspomnianego na samym początku przedmiocie, wykładowczyni zadała nam takie pytanie: kiedy po raz ostatni rozpocząłeś pytanie od słowa dlaczego? Ktoś powiedział, że wczoraj; ktoś, że dzisiaj. Natomiast ja miałam pustkę w głowie. Zresztą nie tylko ja i dlatego padło drugie pytanie: dlaczego tak rzadko zadajecie pytanie dlaczego? No właśnie. Dlaczego?

Jedna z koleżanek powiedziała, że się boimy – w ten sposób pokazujemy, że czegoś nie wiemy. Inna osoba stwierdziła, że to nas krępuje – a jeżeli tylko my z całej grupy nie znamy odpowiedzi? Uwaga wykładowczyni w tym miejscu była niezwykle celna: aby zadać pytanie, coś już należy wiedzieć. Bo jeżeli nic na dany temat nie wiemy, nic nas nie interesuje, to i o nic nie pytamy. Które zachowanie gorzej o nas świadczy? Kiedy pytamy, bo nie wiemy, czy kiedy nie pytamy, bo nie wiemy o co pytać?

Po zajęciach jechałam autobusem na wolontariat. Obok mnie stała pani z małą dziewczynką siedzącą w wózeczku – miała jakieś 4 lata i była niezwykle rozgadana. Kiedy przed kolejnym przystankiem pewna pasażerka wstała z krzesła i nacisnęła przycisk STOP, dziewczynka zapytała: co ta pani robi? Mama jej wyjaśniła, że pani zatrzymuje w ten sposób autobus, aby wysiąść. Kiedy dojechaliśmy do przystanku i pasażerka wysiadła, dziewczynka od razu zadała pytanie: dlaczego ta pani wychodzi? Mimowolnie uśmiechnęłam się – los spłatał mi figla ;-)

O czym świadczy pytanie „dlaczego…?” ?

Moim zdaniem o ciekawości i niewiedzy. Ale bardziej o ciekawości. Dlatego nie zgadzam się z moimi koleżankami z grupy, że nie zadajemy pytań „dlaczego…?” w obawie przed wyśmianiem lub pokazaniem własnej niewiedzy. Jako dorośli (mniej lub bardziej) przestaliśmy się dziwić.

Zaprzestaliśmy obserwacji otoczenia oraz niczego nie analizujemy. Coraz więcej rzeczy przyjmujemy takimi jakie są. Bo niby tak wypada, bo tak właściwie zachowują się dorośli. Oni mają w zwyczaju udawać, że wiedzą więcej niż w rzeczywistości. I głupio się przyznać, że nie słyszało się o X lub nie wie się kto to jest Y. Zawsze bezpieczniej kiwnąć głową, a drugą ręką pod stołem wypisywać hasło do komórki i sprawdzić w Internecie.Można powiedzieć, że do pewnego stopnia znieczuliliśmy się na to, co wokół nas.

Dla przykładu - zastanawiałeś się kiedyś nad poniższymi pytaniami?
Dlaczego Bozia nie ma zębów?
Dlaczego głowa jest na górze, a nogi na dole?
Dlaczego ludzie nie chodzą nago po ulicach?
Dlaczego gwiazdki nie maja skrzydełek, a latają?
Dlaczego najbardziej zimno jest nam w nos?
Dlaczego dzięcioła nie boli głowa od stukania?

A dzieci w wieku przedszkolnym i owszem – zastanawiały się.


I coś z humorem:
Mamo, dlaczego te gruszki są dzikie? Czy jak spadną, to zaraz uciekają? źródło
 
A na koniec: kiedy po raz ostatni zapytałeś „dlaczego…?” ? Bo ja nie pamiętam, a to oznacza że dawno temu.

sobota, 11 października 2014

Październik vs. Ja (1:0)


Zaczął się październik. Już jakiś czas temu – tak, wiem o tym. Czekałam na ten miesiąc od kilku tygodni – spodziewałam się zmian. Ale nie takich. Bo od początku miesiąca nic nie idzie po mojej myśli. 

niedziela, 5 października 2014

"Pozytywna psychologia porażki" Paweł Fortuna


Książka pt. „Pozytywna psychologia porażki” Pawła Fortuny była jedną z trzech zaplanowanych na wrzesień i jedną z dwóch przeczytanych pozycji. Udało mi się jeszcze przeczytać „Hobbita” Tolkiena w oryginale, ale to tylko dzięki własnej ambicji, bo fabuła do mnie nie przemówiła. A książka „Bogaty ojciec biedny ojciec” R. Kioysaki musi niestety poczekać na lepszy czas…

wtorek, 30 września 2014

Jestem zakochana

Podobno nie tylko siła grawitacji trzyma nas na Ziemi. Czasem funkcjonujemy, bo oddziałuje na nas jeszcze siła przyciągania. Zazwyczaj odczuwamy ją w stosunku do drugiej osoby. Niektórym wystarczy tylko jedno spotkanie, magiczny przeskok iskier miedzy dłońmi i dzieje się niewytłumaczalne – coś nas ciągnie do tej i żadnej innej osoby. W innych przypadkach potrzeba szeregu spotkań, aby coś „zaskoczyło”. Niemniej wierzę, że kiedy COŚ jest komuś pisane, to prędzej czy później COŚ się przytrafi. Czasem wcześniej, czasem później, ale wreszcie zaczynamy rozumieć po co to wszystko się dzieje. Moment, w którym zaczyna się widzieć wszystko z niesamowitą wyrazistością jest cudowną niespodzianką.

piątek, 26 września 2014

Kolory jesieni

Jesień jest zdecydowanie najtrudniejszą porą roku do lubienia. Lato kocha chyba każdy. Zima zyskuje aprobatę wśród amatorów śnieżnych szaleństw, a wiosną czuć w powietrzu zapowiedź nadchodzącego ciepła. A jesień?

Po pierwsze jest zimno.
Po drugie jest deszczowo.
Po trzecie niebo posiada wyłącznie szary kolor.
Po czwarte dni są coraz krótsze.
Po piąte nieraz można zwątpić, czy to poranek czy już wieczór.
Po szóste, nie ma chyba bardziej przygnębiającego widoku niż bezlistne drzewa.

No! W takim razie uznajmy, że zostało napisane to, co napisane musiało zostać. A teraz możemy już spokojnie przejść do pozytywnych aspektów jesieni, bo na tym blogu nie może być inaczej ;-)

Jesień nie jest dla mnie łatwą porą roku. Od kiedy tylko sięgam pamięcią, jesienią przyjmuję postawę „przetrwania”, czyli zaciskam zęby i staram się nie myśleć o tym, że „im dalej w jesień, tym gorzej.” Skupiam się zamiast tego na odliczaniu dni.

Dwie osoby w mojej rodzinie długo nade mną pracowały, abym zmieniła swoje podejście i zaczęła widzieć w jesieni te wszystkie kolory, które oni sami dostrzegają. Dwa lata temu postanowiłam dać temu podejściu szansę. Zaczęłam skupiać wzrok na słońcu – nie na deszczu. Pamiętać dni kolorowe, a pochmurne wyrzucać z głowy. Spędzać dni, nie je odliczać.

Dzisiaj nadal uczę się jak patrzeć na jesień, by nie popadać w stany przygnębienia. Patrzenie kolorami, ułatwia mi zadanie.

Za co staram się lubić jesień?


Czerwony – zmieniające kolor liście.


Pomarańczowy – dynie. Ozdobne oraz te jadalne.


Brązowy (ciemny) – kasztany i żołędzie. Obowiązkowo parę sztuk na biurku.


Brązowy (jasny) – orzechy. Moje wspomnienie dzieciństwa.

Złoty – zachody słońca. Teraz jest upragniony czas mojej „dziury” i nie jest to czas deszczu – o dziwo!


Żółty – świeca. Okres palenia świeczek czas rozpocząć!


Fioletowy – wrzosy.

A Twoja jesień jaki ma kolor?

niedziela, 21 września 2014

Jesteś średnią swoich znajomych

Ilu osobom dziennie podajesz rękę na powitanie? Ilu mówisz tylko „cześć” a z iloma rozmawiasz dłużej? Ile osób mijasz, przechodząc ulicą? Ilu ludzi poznajesz na zasadzie „znajomy znajomego”? I na koniec: jak myślisz, które osoby mają na Ciebie największy wpływ? Zastanawiałeś się jak duży jest ten wpływ i jak się objawia?

wtorek, 16 września 2014

O tej porze to...najbardziej chciałabym chcieć

Kiedy w ciągu dnia jest najtrudniej o energię? Kiedy najbardziej się nie chce? Kiedy zostaje podjęta decyzja o tym, jak będzie wyglądał cały dzień? Która pora dnia jest najważniejsza?

piątek, 5 września 2014

Czy pokora idzie w parze ze szczęściem?

„Może człowiek staje się szaleńcem, kiedy próbuje odgrywać rolę boga. Mówi się, że pokora jest cnotą chrześcijańską, teraz rozumiem dlaczego. Pokora pozwala zachować rozum i człowieczeństwo.”
Agatha Christie, Spotkanie w Bagdadzie.

sobota, 30 sierpnia 2014

Koniec z czekaniem


Czekam na telefon, bo przecież rozniosłam swoje CV w kilka miejsc. Czekam na efekty, bo przecież dbam o siebie. Czekam w kolejce w sklepie, bo przecież mam czas. Czekam na miłość, bo przecież jestem młoda. Czekam na słońce, bo przecież ile może padać? Czekam na październik, bo sierpień mnie wynudził… I gdzieś w tzw. międzyczasie (czekanie to zajęcie niebywale absorbujące) dochodzę do wniosku, że… nie tędy droga.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zachody słońca moim okiem


Gdyby poproszono mnie o podanie magicznej chwili w ciągu dnia, to nie byłby to pierwszy łyk porannej kawy. Nie byłby to też czas wzmożonej produkcji endorfin (=ćwiczeń), czy godzina podczas której piszę. Zamiast tego bez zastanowienia, powiedziałabym, że to chwila, w której zachodzi słońce.

wtorek, 19 sierpnia 2014

"Nie myślę. Tylko patrzę."


Niedawno miałam okazję usłyszeć historię, która z pozoru jest zwyczajna. Zapewne znacie podobne, a może nawet ktoś z Waszej rodziny mógłby zastąpić dzisiejszego głównego bohatera. Ja jednak zetknęłam się z tym po raz pierwszy, a kiedy słuchałam o rzeczach, które dotąd widziałam tylko na filmach, poczułam przyjemne dreszcze na skórze.

wtorek, 12 sierpnia 2014

(Nie)prywatna chwila szczęścia

Jeżeli przyjmiemy, że kobieta zmienną jest, to pogoda z całą pewnością jest rodzaju żeńskiego (nie tylko ze względu na zaimek „TA pogoda”). Rano napisałam w jednym z komentarzy, że miałam w planach małą wycieczkę rowerową, ale pogoda skutecznie pokrzyżowała mi plany – pełne zachmurzenie plus przelotne opady. Na szczęście, po paru godzinach po deszczu nie było śladu, zostały tylko chmury (no ale nie można mieć wszystkiego). Wykorzystałam okazję i na 3h zniknęłam z domu.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Odczuwasz zachwyt?

- Słyszałem plotki
- Jakie?
- Podobno chcesz o mnie pisać
- W takim razie źle słyszałeś. Ja już o tobie piszę
- Tak? – Szczęście podniosło brew ze zdziwienia. – Ostatnio jakoś tego tutaj nie widzę.
- I uznałeś, że potrzebuję interwencji?
- A potrzebujesz?
W tym momencie zrozumiałam, że Szczęście tak po prostu nie wyjdzie. Zrezygnowanym głosem zapytałam:
- Herbaty, kawy?
- Herbaty poproszę – na koniec się uśmiechnęło jak to Szczęście. Widocznie jego akurat bawi ta sytuacja.
Kiedy wróciłam do pokoju z dwoma kubkami herbaty, Szczęście wygodnie rozsiadło się na moim fotelu i przeglądało przedostatni egzemplarz Coachingu (3/2014). W pewnym momencie coś je wyraźnie zainteresowało i zaczęło czytać, całkowicie ignorując moją obecność. Poczułam, że mój poziom irytacji gwałtownie wzrasta, ale postanowiłam nie dać niczego po sobie poznać. Podeszłam do okna i obserwowałam rzęsiście padający deszcz i popijałam herbatę. Stałam tak przez jakiś czas, aż usłyszałam:
- Odczuwasz zachwyt?
Najpierw prychnęłam, szczerze rozbawiona takim pomysłem, a potem z sarkazmem powiedziałam:
- Pewnie, że tak. Zachwyt wręcz mnie rozsadza. Przecież to cudownie, że pada.
Szczęście obdarzyło mnie spojrzeniem w stylu: „jedno z nas zwariowało i tym kimś nie jestem ja”. W odpowiedzi westchnęłam ciężko i zrezygnowana usiadłam po turecku na podłodze, wzrok kierując w stronę kubka. Chwilę trwałam w milczeniu i wreszcie cicho powiedziałam:
- Coś się dzieje. Coś jest nie tak. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś mnie zachwyciło.
- Za mało się cieszysz. Zapomniałaś przez to co to jest zachwyt i jak go odczuwać.
Podniosłam głowę i tym razem to ja byłam stroną, która podnosi brew ze zdziwienia.
- Tylko tyle?
- Nie. To początek – Szczęście cmoknęło z niezadowolenia – Gdzie są ciasteczka?
- Przepraszam, co?
- No, ciasteczka do herbaty. Nie masz? – Szczęście nie kryło się ze zdziwieniem.
- Nie mam. Tak jakby nie spodziewałam się gości – dzisiaj był wyraźnie mój dzień na sarkazm.
- To niedobrze – Szczęście lekko zawiedzione zrobiło łyk herbaty i chwilę ją posmakowało a potem na powrót się uśmiechnęło. – Dobra ta herbata.
- Może być.
- Pozostawię to bez komentarza. Słuchaj, co tutaj ładnie napisali o zachwycie - Szczęście ponownie wzięło gazetę do rąk i czytało na głos autorską definicję zachwytu - „Dla mnie jest to uczucie zachłyśnięcia się pięknem i doskonałością świata, doświadczeniem soczystości i wyjątkowości życia, bogactwa kolorów, kształtów, zapachów, dźwięków, smaków. Zachwyt wiąże się w moim odczuciu z fascynacją, zaciekawieniem, uważną obserwacją. To uczucie intensywne, napełniające głębokim szczęściem, błogością i spokojem – jednocześnie kojące i uskrzydlające. Gdy go doświadczamy w ciele pojawia się energia, w umyśle – inspiracja.” I co ty na to?
- Dobrze napisane. W sumie nawet się z tym zgadzam.
- To dobrze, bo mam dla ciebie zadanie…

Rozmowa ta miała miejsce tydzień temu i od tego czasu byłam zobligowana do dostrzegania rzeczy, które mnie zachwycają. Problem polega na tym, że mnie właściwie cieszy wiele rzeczy, a w tym wiele wprawia mnie dodatkowo w zachwyt. Ale nie jest to taki „poetyczny” zachwyt jak opis, który był w gazecie. To zachwyt na miarę XXI wieku: błyskawiczny i płytki. Następnego dnia nie wiesz, czy coś Cię zachwyciło, czy tylko Ci się wydawało. Właściwie patrząc z perspektywy czasu, to ten wczorajszy zachwyt wydaje się być jakiś mało poważny i ogólnie chybiony.




Przez cały tydzień myślałam o zachwycie. Starałam się sobie przypomnieć chwile z ostatnich 2 miesięcy, kiedy odczuwałam zachwyt. I jeżeli nie były to nietypowe zjawiska jak np. rodzina bażantów na spacerze w moim ogrodzie, to miałam poważny kłopot z podaniem innych, bardziej codziennych sytuacji. Dlatego również skupiałam się na bieżącym odczuwaniu i szukaniu powodów do zachwytu. To sprawiło, że doszłam do takich a nie innych wniosków. Mianowicie jestem zmanierowana. Wiele rzeczy przyjmuję za oczywiste i trudno np. zachwycić mnie jedzeniem. A już w szczególności jak sama coś ugotuję lub upiekę. Ostatnio porwałam się na pieczenie bułek. Pierwsza próba wyszła jak to pierwsza próba: w moich oczach to były bułki miniaturki z lekko za twardą skórką; w oczach rodziców to były bułki pychotki. I nawet nie chodzi tutaj o to, że rodzice zawsze patrzą inaczej na efekty pracy swojego dziecka i przesadnie je chwalą. Tutaj chodzi bardziej o moją naturę perfekcjonistki, Bułka nie była taka jak być powinna (w moim mniemaniu), więc nie poświęciłam jej więcej uwagi. Nie zachwyciłam się faktem, że po raz pierwszy w życiu upiekłam coś na drożdżach i nie powstał żaden zakalec. Bułka była jadalna i na dobrą sprawę rozmiar bułki był spowodowany lekko starymi drożdżami, a nie moim brakiem doświadczenia. Mimo wszystko to, co nie jest idealne, mniej cieszy. Co więcej, trudno jest mi się cieszyć z nowych rzeczy, sukcesów, osiągnięć, bo po wykonaniu jakiegoś zadania już szukam kolejnego. Ciągle potrzebuje wyzwań, ciągle musi się coś dziać. I to mnie gubi.

Tym większym zaskoczeniem był dla mnie... księżyc, który pojawił się na horyzoncie w ostatni weekend i sprawił, że potrafiłam usiedzieć na miejscu i zwyczajnie na niego patrzeć. Zafascynował mnie, bo był pomarańczowy, a nie biały jak zazwyczaj. Poszperałam w Internecie i dowiedziałam się, że ma to związek z długością fal światła (?), czy coś takiego. Nieważne. Ważne, że tamten wieczór uświadomił mi jak trudno u mnie o zachwyt. Jak trudno jest żyć w XXI wieku, nie poddając się ogólnemu pędowi. Tylko tyle, że trudno nie znaczy, że jest to niemożliwe. Jest jedynie… trudniej. Tylko tyle i aż tyle.


A co Ciebie ostatnio zachwyciło?

wtorek, 29 lipca 2014

... a ja desczu się nie boję

Często spisuje różne cytaty – niekoniecznie od sławnych ludzi. Czasem zwyczajny wywiad zawiera w sobie mądrą myśl, wartą zapamiętania. Kiedy indziej czytając książkę, bohaterka powie coś oczywistego, ale ujmie to takimi słowy, że mnie zainspiruje i każe na chwilę przystopować z czytaniem i pomyśleć. A czasem w Internecie trafiam na różnego rodzaju perełki, które zapisuję na komputerze, by po jakimś czasie znów na nie trafić. Tak też ostatnio trafiłam na zwykłe zdanie:

środa, 23 lipca 2014

Co wakacje mają w sobie?

Istnieje kilkanaście powodów, które sprawiają, że wakacje mnie urzekają. I nie chodzi tutaj o czas wolny. No dobrze, chodzi :-) Ale nie tylko. Sporządziłam listę rzeczy, które tłumaczą, co w moim przekonaniu mają w sobie wakacje i co takiego mi dają, że tak się nimi zachwycam.

sobota, 12 lipca 2014

Mundial inspiruje... do (nie)okazywania radości

Cieszyć się można na wiele sposobów. Radość można wyrazić rozmaicie: poprzez uśmiech, przytulenie, okrzyk, pocałunek, podskok, taniec… i zapewne jeszcze parę innych czynności. Zapewne jest to zależne od osobowości jak i wagi wydarzenia, którego ta radość dotyczy.

niedziela, 6 lipca 2014

Szczęście & szczęście

Ostatnio podzieliłam się moim nastoletnim zdaniem na temat szczęścia. To skłoniło mnie do rozszerzenia tematu i podjęcia próby scharakteryzowania szczęścia przeze mnie współczesną – już nie nastoletnią. Jak wspomniałam w jednym z komentarzy: opis jest podobny, ale ujęty innymi słowy. Dla mnie bardziej pełniejszy i bliższy mnie samej. Bez zbędnego przedłużania – zapraszam do czytania :-)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Co szesnastolatka wie o szczęściu?

Koniec roku szkolnego/akademickiego zawsze wiązał się dla mnie z porządkami. Teraz na studiach nawet bardziej niż w szkole średniej. Wynika to z faktu, że z wiekiem coraz bardziej bałaganię ;-) A tak na poważnie, studia to niekończące się ilości kartek, karteczek, notatek, które w czasie sesji wychodzą ze swoich miejsc tylko po to, by utrudnić późniejsze odnalezienie czegokolwiek. W zeszłym tygodniu robiłam porządki w biurku i natknęłam się na moje wypracowanie z liceum. Z tego co kojarzę, mieliśmy napisać jak rozumiemy szczęście. Wypracowanie przeleżało kilka ładnych lat w mojej szafie po pierwsze dlatego, że zostało ocenione na piątkę, a poza tym mam do niego sentyment i nie mogłam go zwyczajnie wyrzucić. Chyba rzeczywiście nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Kiedyś napisałam wypracowanie o szczęściu, by teraz móc pisać o nim blog ;-) Kto wie, może to jego geneza? Podświadome dążenie do tego, co mam teraz? Bo ja zawsze wolałam być optymistką niż pesymistką a szczęście wiele dla mnie znaczyło.

Dzisiejszy wpis ma lekką wakacyjno-sentymentalną nutkę ;-) Zobaczcie jak kiedyś postrzegałam szczęście i jak niewiele się to zmieniło w stosunku do dnia dzisiejszego.
 
„Chciano za szczęściem rozpisać listy gończe,
ale nikt nie umiał podać jego rysopisu.”
/Wiesław Brudziński/

Dzieciństwo jest wspaniałym okresem w życiu. Zadajemy wtedy najwięcej pytań, ponieważ jesteśmy ciekawi świata. Ich abstrakcyjność albo prostota nikogo nie dziwią, bo wydają się normalne dla tego wieku. Kiedy natomiast rośniemy i nasze pytania stają się coraz trudniejsze, sięgamy po różne słowniki i encyklopedie w celu znalezienia fachowej odpowiedzi. Biorąc do ręki np. Słownik Języka Polskiego, możemy znaleźć trzy definicje szczęścia:
- powodzenie w jakichś przedsięwzięciach, sytuacjach życiowych itp.
- uczucie zadowolenia, radości; też: to wszystko, co wywołuje ten stan
- zbieg pomyślnych okoliczności
Ale czy szczęście naprawdę można wytłumaczyć jednym, schematycznym wzorem, szerzej nazywanym definicją? Czym jest to szczęście i jak wygląda?

Myślę, że dla każdego szczęście jest czymś innym i dlatego różnie je pojmujemy. Biorąc za przykład wypowiedzi św. Augustyna, to za szczęście powinniśmy uznawać tylko dążenie do Boga, bo On jest sam w sobie radością. I jest to jedyne, prawdziwe szczęście, które jest niezmiernie trudne do osiągnięcia, ponieważ ciało i duch muszą się tutaj ze sobą porozumieć i dojść do kompromisu, Oczywiście inni ludzie, którzy nie żyją w Bogu, również mogą byś szczęśliwi, ale jest to zupełnie inna odmiana szczęścia, dająca mniej radości, będąca szczęściem niepełnym.

Współczesny model szczęście ma swoją materialną postać. Zazwyczaj wygląda jak willa z basenem. Stojącym obok luksusowym samochodem i kontem w banku, na którym liczba składa się z kilku zer. Teoria ta ma punkt styczny z definicją św. Augustyna, ponieważ obie uznają szczęście za coś bardzo trudnego do osiągnięcia. Czasami kiedy nie mamy możliwości spełniania tych wygórowanych marzeń, obniżamy poprzeczkę. Wtedy za szczęście uznajemy chociażby kolejny, nowy dzień. Albo to, że bliska nam osoba przeżyła wypadek samochodowy, „pokonała” chorobę… Kiedy stajemy w obliczu tragedii, wtedy pojęcie „szczęścia” zmienia się diametralnie.
Dla osoby chorej na białaczkę szczęściem jest każdy nowy dzień, który należycie docenia i spędza go z rodziną.
Dla rodziców szczęściem są ich dzieci, kiedy to codziennie im się przypatrują i z rozbawieniem spoglądają na ich zmagania dotyczące chociażby zawiązania butów.
Zakochani stanowią szczęście sami dla siebie. Wiedzą, że istnieje ten ktoś, kto będzie przy nich, kiedy najbardziej tego potrzebują.

Jeśli chodzi o moje szczęście, to nie ma ono określonego wzoru, Na pewno nigdy nie jest takie samo, bo zawsze wynika z czegoś innego. Należę do grupy osób, które nie mierzą wysoko. Dla mnie szczęściem jest moja rodzina, jej wsparcie oraz czas, który zawsze dla mnie znajdują. Są też znajomi, wśród których mogę być naprawdę sobą i nie muszę nikogo udawać. Szczęście dają mi proste słowa, czyny i gesty. Najbardziej zawsze wzrusza mnie uśmiech dziecka – jest tak bardzo szczery, że wprost trudno go nie odwzajemnić.



Bolesław Prus napisał kiedyś: „Nie myśl o szczęściu. Nie przyjdzie – nie zrobi zawodu; przyjdzie – zrobi niespodziankę.” Oczywiście można poświęcić całe życie na wzbogacanie się o rzeczy materialne i ostatecznie wybudować tę willę. Można również cieszyć się każdym dniem i doceniać go. On, w odróżnieniu do willi się nie powtórzy. Prawdziwym szczęściem jest docenianie drobiazgów tzw. małych cudów, którymi los nas codziennie obdarza w postaci promieni słońca, czułych słów, szczerych gestów.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Tajemnica kubka

Czasem zwykła rozmowa potrafi mnie zainspirować do zmiany własnego zachowania. Niektóre dyskusje wywierają na mnie tak duży wpływ, że pamiętam je nawet po kilku latach od ich odbycia. Zazwyczaj takie rozmowy nie są o niczym wielkim; nie zmieniamy nimi świata, nie wynajdujemy lekarstw na śmiertelne choroby. Takie rozmowy odmieniają tylko mnie samą i uczą mnie słuchać innych. Warto to robić, bo nigdy nie wiadomo co można usłyszeć, czego się nauczyć, co zrozumieć.

Całkiem dobrze pamiętam rozmowę, która miała miejsce 5-6 lat temu, kiedy byłam jeszcze w liceum. Rozmawiałam z koleżanką M. o filmach. O tym, co ciekawego ostatnio widziałyśmy oraz o tym, że podczas nieobecności rodziców najczęściej zabijamy czas, wypożyczając filmy na DVD. Na koniec rozmowy M. powiedziała: „Nie rozumiem ludzi. Dlaczego zawsze po zakończeniu filmu wyłączają telewizor? Tak samo jest w kinie. Ledwo pojawią się napisy końcowe, a każdy już wstaje z miejsca i się zbiera do wyjścia. A ja lubię sobie posiedzieć dłużej i posłuchać muzyki, którą puszczają na koniec. Posłuchaj sobie kiedyś. Nie uwierzysz jakie ładne piosenki wtedy lecą. Ja to nawet wieczorem przepuszczam rodzinę w kolejce do łazienki, żeby móc sobie w spokoju posiedzieć i posłuchać. Spróbuj.”

Długo nie trwało - może jakiś miesiąc lub dwa i zostałam sama w domu z wypożyczonym filmem DVD. Po zakończonym seansie zostawiłam płytkę w spokoju i słuchałam utworu na zakończenie. Nie powalił mnie na kolana, ale był całkiem niezły. Od tego czasu z kina wychodzę z ociąganiem, a filmy wyłączam chwilę później niż 95% społeczeństwa.

Nie zawsze ma to sens, bo TV często chcąc nadrobić „stracony” czas, dzieli ekran na pół, dzięki czemu jednocześnie widzę napisy końcowe oraz słyszę zapowiedź serialu, który poleci za 5 minut...

Przez ostatni weekend miałam okazję zobaczyć parę filmów, stosując radę mojej koleżanki. Nie zawsze o tym pamiętam, ale od czasu do czasu posłucham końcowych dźwięków. Chyba tylko raz się zawiodłam na takiej strategii. Zazwyczaj mam okazję po raz pierwszy posłuchać jakiegoś utworu, który jest całkiem przyjemny. W taki sposób zyskuję chwilę na przeanalizowanie ostatniej nakręconej sceny oraz wyrabiam sobie zdanie co w tym filmie było dobre, a co mi się nie podobało. Kiedy indziej leci niesamowicie energiczny utwór, który niesie ze sobą taką dawkę optymizmu, że nie potrafię odżałować momentu, kiedy się kończy.

Nie wiem ile trwają takie napisy z wymienieniem wszystkich członków obsady, zaczynając od reżysera i głównych aktorów a na dublerze dublera kończąc – 2 może 3 minuty. A jednak znacznie łatwiej jest nam przełączyć kanał, wyłączyć telewizor lub wyjść z pomieszczenia. Takie zachowanie przypuszczalnie nie dotyczy jedynie pasjonatów, którzy znają reżyserów i potrafią wymienić ich kilka innych filmów oraz wiedzą do jakiego innego filmu dany muzyk komponował ścieżkę dźwiękową. Ja jednak nie mam takiego zainteresowania i dla mnie czytanie tych napisów było równoznaczne z bezsensem. Nie dostrzegałam tego, co było tłem (muzyka), które po pewnym czasie stało się głównym bohaterem ostatnich minut.

Czego to wszystko dowodzi?
  • Warto słuchać innych, bo mogą mieć niecodzienne spojrzenie na banalne sprawy.
  • Na każdą sytuację można spojrzeć w dwojaki sposób i albo ujrzeć napisy, albo muzykę. Co wiąże się z tym, że ile ludzi tyle opinii.
To również nawiązanie do tajemnicy kubka, z którą spotkałam się niedawno po raz pierwszy.

Ktoś powiedział mi całkiem mądrą rzecz, która sprawiła, że zaczęłam rozumieć skąd biorą się różnice zdań pomiędzy ludźmi. Zrozumiałam dlaczego, chociaż rozmawiam z kimś na jeden temat, to posiadamy względem niego dwa odmienne stanowiska. Ba! Czasem oboje jesteśmy świadkiem pewnej sytuacji, a jednak z późniejszej rozmowy wynika, że odbieramy ją znacznie inaczej. Tajemnica tkwi w kubku.

Jak wygląda kubek, każdy wie. Wysoki, z grubym brzegiem, kolorowy i z uchem. W tym nieszczęsnym uchu tkwi cały problem. Wyobraźcie sobie dwoje ludzi, którzy siedzą naprzeciwko siebie przy stole i jeden z nich ma kubek z herbatą. Kubek stoi trochę nietypowo, bo ucho z kubka nie znajduje się po prawej stronie jego właściciela, ale jest skierowane prostopadle do niego. Takim oto sposobem, kiedy dwie osoby, siedzące przy stoliku mają opisać kubek, będą to dwa różne opisy. Bowiem właściciel będzie widział ucho, a jego znajomy będzie się upierał, że tego ucha nie ma. W ten sposób otrzymujemy: jeden kubek, dwie osoby, dwie opinie (każda z nich prawdziwa).

Mnie ta opowieść bardzo przemówiła do wyobraźni i niesamowicie się spodobała. Mam nadzieję, że podzielacie moje zdanie ;-)
Pytanie na koniec: jaki jest Wasz nawyk? Oglądacie napisy, słuchacie muzyki czy też wyłączacie film wraz z końcem ostatniej sceny?

filiżanka też ma ucho ;-)

środa, 18 czerwca 2014

Siła tkwi w człowieku

Zapewne jak większość z Was lubię od czasu do czasu wrócić do starych piosenek. Ostatnio metodą losową trafiłam na Jennifer Lopez i jej piosenkę pt. „I’m gonna be alright”. Nie wiem co dokładnie, ale jest w tej piosence coś, co dodaje mi sił i skłania ku pozytywnemu myśleniu. Doszłam do wniosku, że człowiek jest niesamowicie silną istotą. Chyba jedynie samobójców moglibyśmy uznać za tych, których życie przerosło. Reszta z nas ma ciężkie i jeszcze bardziej ciężkie chwile ;-) Czasem nawet psuje się wiele rzeczy jednocześnie i nie wiadomo co najpierw ratować. Ale raczej nie zdarza się tak, aby naraz dopadło nas nieszczęście na wszystkich frontach. Kiedy mamy problemy w pracy, to przynajmniej możemy liczyć na wsparcie rodziny. Kiedy jest kryzys w rodzinie, to z powodzeniem zaliczamy egzaminy na uczelni. Kiedy studia dają nam w kość, to nie możemy narzekać na zdrowie. Nawet jeżeli uznamy, że naraz psuje się nam w 10 aspektach naszego życia, to jeden będzie działał prawidłowo. Musi być chociaż jeden, bo skądś należy czerpać siłę, aby zmierzyć się z pozostałymi 10… Radzę szukać go tak długo, aż się znajdzie ;-)

Miesiąc temu czułam, że wiele spraw mnie przerasta. Problemy kształtowały się przede mną na wzór góry bez widocznego szczytu. Gdzie nie spojrzałam, tam należało zacząć coś zmieniać, podejmować decyzje, rozbierać na części pierwsze, działać. Nie wiedziałam na co spojrzeć najpierw, więc pokopałam trochę w jednym miejscu, potem w drugim, a na koniec zmęczona pomyślałam, że mnie to zwyczajnie przerasta i mogę sobie to całe „kopanie” całkowicie odpuścić. Ale zaczęłam szukać jednego jedynego aspektu mojego życia, z którego mogłabym czerpać siłę (a przede wszystkim chęci), aby z powrotem walczyć o swoje. Znalazłam. Przyjaźń w moim życiu działa bez zarzutu.

Zostałam uświadomiona, że nie można naraz walczyć na wielu frontach, bo takie rozproszenie jest gwarancją klęski. Trzeba działać metodycznie, a więc po kolei. Stąd zrodziła się zasada: jeden problem naraz. Stosując ją, widzę, że powolutku wracam na dobre tory. I znowu rodzi się we mnie przekonanie, że człowieka bardzo trudno zniszczyć. Obojętnie jak źle nie będzie, on zawsze może powiedzieć: I’m gonna be alright… i póki będzie w to wierzył, będzie miał rację. To, że teraz jest źle, wcale nie znaczy, że tak musi być w przyszłości.

Na wczorajszym spacerze przypatrywałam się uważnie trzem kaczkom, które pływały po rzece. Dla ułatwienia oznaczmy je sobie kaczka A, B, C. Wszystkie trzy kaczki płynęły pod prąd, w górę rzeki. Kaczka A w pewnym momencie znalazła sobie wystający płaski kamień na samym środku koryta i przysiadła na nim. Zapewne zmęczyła się ciągłym machaniem nóżkami. Kaczka B podpłynęła pod sam mostek, na którym stałam. Pokręciła się przez chwilę w miejscu, a potem pozwoliła nieść się nurtowi w stronę, z której przypłynęła. Kaczka C podpłynęła do mostku, tam walcząc przez cały czas z prądem, nurkując po jedzenie (jakieś pędy roślinne). Co ciekawe, żadna z tych kaczek nie zdecydowała się na przefrunięcie tego odcinka, tylko każda pokonała go, płynąc, a więc męcząc się znacznie bardziej.

Myślę, że z nami jest podobnie. Wszyscy znajdujemy się w tym samym środowisku i posiadamy wiele podobnych problemów. Rzadko kiedy korzystamy z najprostszych rozwiązań, bo wydają nam się podejrzanie łatwe. Z kłopotami radzimy sobie jak jedna z tych trzech kaczek. Realizujemy swój cel lub też rozwiązujemy problem, ale tylko do pewnego momentu. Do chwili póki nie spotkamy na swej drodze czegoś bardziej interesującego, kuszącego. Wtedy z chęcią przerywamy to, co dla nas jest nieprzyjemne i męczące. Możemy też uparcie piać się w górę, wykonywać zadanie po zadaniu, rozwiązywać problem po problemie, ale nadejdzie taki moment, kiedy ktoś zapyta: po co to wszystko? Kiedy rozwiązując problem, nie wiesz jakiego oczekujesz rezultatu, nie ma sensu się w ogóle za niego zabierać. Będziesz kaczką B, która na samym końcu trasy uznała, że nie wie po co dopłynęła do tego miejsca. Oczywiście możesz być również kaczką C, która bardzo się namęczyła, by dopłynąć do określonego miejsca, potem długo się męczyła, będąc w tym miejscu i próbując sięgnąć do jedzenia, ale ona jedna wiedziała po co to robi. Miała motywację (głód), cel (rośliny na dnie rzeki) i wyznaczyła sobie trasę. W tym miejscu należy dodać, że odcinek, który pokonała był dosyć długi, a ponadto poziom wody w rzece był tego dnia dość niski, a więc nieraz kaczka musiała wejść na jakiś kamień, przejść się po nim i ponownie wskoczyć do płytkiej wody, by dalej płynąć pod prąd.

Kiedy patrzę na kaczki, które mają w sobie tyle determinacji, to jestem pewna, że ludzie nie mogą mieć jej mniej. „Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono” lub też mamy w sobie tyle siły, by pokonać określony problem. Naprawdę jesteśmy silni i chociaż na dany moment wydaje się nam, że czegoś nie przeżyjemy, że to koniec, to jednak następnego dnia wstajemy z łóżka i mierzymy się z dniem. Czy to nie daje do myślenia? Człowiek jest niesamowicie silny, a całą siłę czerpie ze swojego wnętrza. I to czyni go niepokonanym tak długo, póki jest tego świadom.